Mariusz Jędrzejko powrócił
Choć nie do końca, bo przecież nigdzie nie poszedł. Może przez kilka lat był rzadziej zapraszany do komentowania problematyki narkotykowej, na której nie zna się jak nikt inny. Ta przekomiczna postać – przykład domorosłego eksperta opowiadającego o narkotykach różne szkodliwe głupoty, a wcześniej bodajże oficer oświatowy Ludowego Wojska Polskiego, przyciągnęła moją uwagę w 2012 roku. Wtedy w telewizorze próżno było usłyszeć debatę o narkotykach bez udziału tego dziarskiego pana, który (pewnie w sposób dla niego nieświadomy) stanowi niemal dokładną kalkę amerykańskich edukatorów narkotykowych z przełomu XIX i XX wieku, równie natchnionych, co pomylonych jak on sam.
Szczyt kariery Mariusza Jędrzejko, najbardziej medialnego pedagoga z Piotrkowa, Kielc, Ostrowca Świętokrzyskiego i Radomia (oficjalne miejsca pracy profesora), przypadł na moment, kiedy w studio telewizji śniadaniowej straszył tajemniczą substancją o nazwie sensimilla, pokazywał osmalone lufki i demaskował Agnieszkę Szulim jako palaczkę marihuany. Stanowiło to symboliczne zwieńczenie panującej w Polsce narkofobii, a znana dziennikarka przypłaciła te wygłupy utratą programu. Nawiedzonego Jędrzejko nadal jednak z lubością pokazywano w mediach, gdzie straszył narkotykami w różnych wyobrażonych przez siebie postaciach i formach.
W tamtym czasie poświęciłem mu wpis na blogu, a jego poglądy wcześniej bardziej bezwzględnie i kompleksowo wyśmiał Grzegorz Wodowski, terapueta i kierownik Poradni Monar w Krakowie. Jędrzejko groził mi wtedy nawet procesem sądowym o naruszenie jego dóbr zawodowych i kłamstw (sic!), ale pomysł ścigania mnie ostatecznie porzucił. Najwyraźniej jego kłamstwa o narkotykach aż tak bardzo przeze mnie nie ucierpiały. O istnieniu Jędrzejki i jego naukach zdołałem zapomnieć. Niestety, kilka tygodni temu od kilku znajomych otrzymałem linka do długiego wywiadu, jakiego udzielił on na YouTube w jednym z popularnych podcastów. Potrzeba komentarza nasunęła się więc sama.
Mariusz Jędrzejko co prawda wyszlachetniał i posiwiał, ale natura jego poglądów zmieniła się niewiele. Dwugodzinny wywiad wręcz kipi od kuriozalnych stwierdzeń, a Jędrzejko w swoim stylu miesza wszystko ze wszystkim – politykę, seksualność, piłkę nożną, kryzys dorastania i kryzys tradycyjnych mediów. Dostaje się premierowi i prezydentowi, ale Jędrzejko nie podoba się też słuchanie przez dziewczynki Britney Spears w łazience (sic!) i nadmiar wiadomości ze Stanów Zjednoczonych, bo bardziej interesują go… jasełka.
Skupmy się jednak na tej części rozmowy, która poświęcona była narkotykom, a w szczególności marihuanie (konopiom), o której Jędrzejko niezmiennie od lat próbuje się o autorytatywnie wypowiadać. Kursywą poniżej zaznaczyłem dosłowne cytaty z wypowiedzi pana profesora.
Marihuana pojawia się w ustach Mariusza Jędrzejki nieoczekiwane, w ramach dłuższego wątku dotyczącego alkoholu jako części zgubnej kultury człowieka. Jędrzejko swoją tezę, że alkohol powinien być używany wyłącznie do dezynfekcji narzędzi chirurgicznych postanowił zilustrować kuriozalnym przykładem, który powinniśmy mówić. Oto on:
Dziewczynka siedzi w pokoju, gdzie szóstka pali. Co pali? Jointa. Tymczasem absorpcja kannabinolu jest na poziomie 56%, czyli reszta jest wydychana, a do tego ten joint się pali – snuje nonsensowną opowieść Jędrzejko. Bierna palaczka szuka więc pomocy profesora, bo zauważa u siebie oznaki podobne do tego jak koleżanki, które nie palą. W każdy piątek i sobotę przebywa w pokoiku, gdzie wypalanych jest 6-7 jointów.
O co tu chodzi? Nie wiem. Wygląda na to, że Jędrzejko po prostu nie rozumie mechanizmów palenia konopi, które opisuje. Ale jakie właściwie mechanizmy dotyczące narkotyków Jędrzejko rozumie? Przecież jego nauki zawsze polegały na straszeniu wyssanymi z palca historiami, w nadziei na ich 100% absorpcję przez zapatrzonych w jego frenetyczne występy dziennikarzy. Tak jest i tym razem – prowadzący rozmowę nie przertywa strumienia myśli nieprzemyślanych wypływających z siwej głowy profesora.
Tymczasem badania naukowe zupełnie myślom tym przeczą. Szacuje się bowiem, że absorpcja kannabinolu obejmuje jedynie 10-27% ilości tej substancji zawartej w spalanym materiale roślinnym. Ale nie oznacza to, że reszta trafia z dymem do płuca jakiejś biernej palaczki. Piroliza redukuje stężenie THC również dla niej. Czy można biernie znaleźć się “pod wpływem” konopi? Można, ale w praktyce tak się zwykle nie dzieje – tu również istnieją odpowiednie badania. Jędrzejko zwyczajnie zmyśla. O redukcji szkód związanych z paleniem Jędrzejko też nie mówi ani słowa.
Za to gdy pada pytanie o legalizację marihuany, profesor ani przez moment nie ma wątpliwości – Nie ma leczniczej marihuany. To jedno z wielkich łgarstw nakręconych milionowymi przekazami. Co zatem jest? Lecznicze kannabinoidy – rzuca stanowczo. Następnie dodaje – Nie ma ich w marihuanie, a są w konopiach indyjskich, który zawierają ich kilkadziesiąt.
Jędrzejko nie tylko ma trudność z poprawnym formułowaniem zdań w języku polskim, ale najwyraźniej też przyjmuje dość szczególną definicję tego, czym jest marihuana. Tu jednak jest konsekwentny, gdyż od zawsze miał w tym przedmiocie stanowisko błędne. I w błędzie pozostaje. Najwyraźniej też zmiana prawa w ostatnich latach i obrót apteczny konopiami indyjskimi (czyli tzw. medyczną marihuaną) Jędrzejce zupełnie umknęły.
Widocznie, jeżeli się uchodzi za medialnego eksperta, nie trzeba już trudzić się zgodnością nawet z elementarnymi faktami.
Pedagog znów rzuca liczbą wziętą z sufitu, zmyślając kolejne “fakty” konopne – jakoby tych leczniczych kannabinoidów miało być kilka i muszą być zalecane przez lekarzy w diagnozie face to face, a nie online i wtedy one mają charakter terapeutyczny bardzo często podawany z lekami. Wydaje się, że tu z kolei myli on tzw. konwencjonalne leki kannabinoidowe z konopiami w naturalnej roślinnej postaci. W tym pierwszym wypadku zamiast kilku kannabinoidów mowa oczywiście jedynie o dwóch – CBD i THC. Zresztą, na polskim rynku jedynie poziom tych dwóch kannabinoidów jest określany w przypadku konopi leczniczych sprzedawanych w aptekach. Inna sprawa, że z uwagi na możliwe interakcje z innymi lekami, które w przypadku konopi są wciąż przebadane słabo, w naturalnej postaci na ogół nie stosuje się ich z innymi lekami. Z kolei leki kannabinoidowe stosowane są często wspomagająco dla innych – konwencjonalnych terapii. Jędrzejko tego wszystkiego jednak nie wie, bo po prostu na narkotykach się nie zna.
Udowadnia to zresztą już w kolejnym zdaniu, kiedy po raz kolejny postanawia opowiadać bajki o tym, że kiedyś to była marihuana, a dzisiaj to już jest skun / sensimilla / czy jaki tam magiczny termin postanawia Jędrzejko aktualnie stosować, żeby nim straszyć. Profesor byłby więc za legalizacją, ale marihuany z przeszłości, a nie tej z teraźniejszości. A skoro powtarza to już od 20 lat, zatem wygląda na to, że popiera on legalizację w czasach hippisów, kiedy w Polsce konopie de facto były legalne. Komedia.
Zdaniem Jędrzejki różnica pomiędzy marihuaną kiedyś i dziś jest oczywiście taka, że dawnej konopie rzekomo zawierały 3-5% THC, a teraz to już Jędrzejko ma mały spektrometr za kilka tysięcy dolarów i wie, że konopie mają 20-26% THC. A zatem to już nie jest lekki narkotyk. A potem znowu słyszymy o 12-letnich dzieciach, 14-letniej narkomance wstrzykującej… albo może tylko palącej codziennie jointy – tu Jędrzejko wyraźnie leciał w kosmos, ale w porę zdołał się powstrzymać przed opowiedzeniem nam kolejnej zmyślonej historii o… wstrzykiwaniu marihuany (sic!).
Ciekawe, że wszyscy używający argumentu “kiedyś to była marihuana, a teraz…” nigdy nie wskazują na określoną datę w przeszłości, na którą się powołują. Nie przeczę, że zjawisko wzrostu zawartości THC w konopiach ma miejsce, bo pokazują to liczne badania, ale w obecnych realiach argument ten nie ma najmniejszego sensu. Dlaczego? Bo konopie dostępne w aptekach zawierają właśnie takie stężenia THC, jakie Jędrzejko uważa za niedopuszczalne.
To dobitnie pokazuje, że chłop nie ma pojęcia, o czym właściwie mówi.
Jędrzejko mówi też o dopalaczach, które rzekomo odpowiadają za coraz wcześniejszą inicjację narkotykową dzieci i młodzieży. Chyba nie sprawdził, że według najnowszych badań używanie dopalaczy to już wśród polskiej młodzieży właściwie margines. Problemem są za to produkty nikotynowe oraz alkohol. Ale lepiej opowiadać o pinki i pralce, która wypierze ci mózg, czy o tym, że powodem istnienia rynku dopalaczy jest zaś to, że Gugel nie pozwoli na taką regulację prawną, żebyśmy automatycznie zamykali te rzeczy.
Przerażające, że Jędrzejko od ponad dekady opowiada podobne banialuki w mediach i jeszcze przyznaje się, że jeździ po Polsce ze szkoleniami dla nauczycieli. Nie ma to nic wspólnego z nauką, którą profesor swoimi wypowiedziami skutecznie ośmiesza. Co więcej, z lubością zasłania się on autorytetem nauki. Podkreśla, że nie tylko on mówi jak jest, ale też to, że nikt jego twierdzeń nie podważył naukowo. Problem w tym, że w większości jego wypowiedzi to nie są nawet twierdzenia naukowe, tylko zlepek różnych bajek o narkotykach, wywołujących uczucie cringe’u. Nie tyle da się je podważyć, co można jedynie wyśmiać. Żeby nie być tu gołosłownym, Jędrzejko kończy rozmowę zachęcając do pisania do niego z prośbą o książkę. Każdemu czytelnikowi obiecuje dedykację dla Hani, żeby pamiętała, że w niebie nie ma internetu i chodzi się tam z gołym tyłkiem.
OMG.
Jędrzejko powiedział też kilka zdań, w szczególności tych dotyczących alkoholu, z którymi się zgadzam. Ale mówienie zdań prawdziwych w otoczeniu ewidentnych bzdur nie powoduje, że te bzdury mniej rażą. W istocie, w żaden sposób nie świadczy to na korzyść kogoś, kto chce uchodzić za naukowca, któremu bzdur po prostu mówić nie wypada. Wypada natomiast publikować w międzynarodowych, recenzowanych czasopismach. A czy ktoś jest w stanie wskazać wartościowy dorobek naukowy Jędrzejko w dziedzinie polityki narkotykowej i substancji kontrolowanych? Taki właśnie z niego “ekspert”.
Całość rozmowy z Mariuszem Jędrzejko obejrzeć można na kanale Cyprian Majcher na YouTube.

2 Komentarze
można było tak jak na całym świecie przyjac nazwę leku medical cannabis czyli medyczny kannabis. W polsce mówi się marihuana co jest slangowym określeniem narkotyku z ulicy. Pan profesor ma rację, marihuana z ulicy niczego nie leczy, a nazwanie leku aptecznego marihuana jest zwyczajnie głupie.
Nie do końca. Po pierwsze, medical marijuana to termin używany w USA, gdzie współczesna medykalizacja konopi się zaczęła. Po drugie, po polsku poprawnie byłoby mówić “lecznicze konopie” i takiej nomenklatury używam często w swoich publikacjach. Po trzecie, “marihuana z ulicy” to często jakościowo podobny materiał do tego z apteki. Leczą albo szkodzą bardzo podobnie. Problemem jest kontrola jakości i bezpieczeństwo. Nad materiałem “z ulic” nie ma już żadnej, ale “od kolegi growera” to już inna para kaloszy. Natomiast problem z wypowiedziami Jędrzejko nie polega na tym, że używa innych terminów niż eksperci, tylko na tym, że plecie bez najmniejszego sensu.