Dwa miesiące temu opisywałem prace sejmowe dotyczące dekryminalizacji używania konopi indyjskich. Ich powodem była petycja skierowana do Sejmu przez Przemka Zawadzkiego – jednego z aktywistów Wolnych Konopi. Kończąc swój wywód napisałem, że przed wyborami prezydenckimi w 2025 roku w temacie nie wydarzy się nic. Obecnie wiemy już, że po wyborach również nic się nie wydarzy. Pomimo szumnych zapowiedzi demokratycznej koalicji prace nad depenalizacją posiadania i mikro-uprawy konopi zakończyły się niewypałem.
Swoją relację zakończyłem w momencie, kiedy sejmowa Komisja do Spraw Petycji skierowała dezyderat (wystąpienie) do Ministerstwa Sprawiedliwości, wnosząc o ustosunkowanie się do zagadnień poruszonych w petycji Przemka Zawadzkiego. Ministerstwo przygotowało odpowiedź, która została przyjęta w głosowaniu i prace nad petycją zakończono. Zapowiedziano co prawda skierowanie wystąpienia do połączonych Komisji Zdrowia, Komisji Edukacji i Komisji Sprawiedliwości, które rzekomo miały zająć się wypracowaniem projektu zmian w ustawie o przeciwdziałaniu narkomanii, ale informacji o tym próżno szukać na oficjalnych stronach sejmowych. Zgaduję, że po prostu nic w tej sprawie się nie stało i żadne działania nie miały i nie będą miały miejsca. Sam przewodniczący Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka – poseł Paweł Śliz, nie potrafił mi odpowiedzieć, czy coś w sprawie depenalizacji Komisja zamierza robić i kiedy. Rozsądnym będzie zatem przyjąć, że niczego takiego obecnie w planach nie ma.
Działający równolegle Parlamentarny zespół ds. depenalizacji marihuany złożony głównie z polityków KO i Polski 2050 również nie skierował do dalszych prac sejmowych żadnego projektu. Jego wiceprzewodnicząca Klaudia Jachira poinformowała Przemka Zawadzkiego, że dalsze prace nad nim zostały zawieszone, bowiem w Koalicji nie ma dla niego większości. Że tak się stanie, przekonać się mogliśmy po prostu śledząc literalną treść i ducha odpowiedzi udzielonej przez Ministerstwo Sprawiedliwości. Zgaduję, że to przede wszystkim w rządzie zdecydowano się dać czerwone światło dla dalszej liberalizacji polityki wobec konopi. Niedawno zresztą pisałem, że rząd w istocie zamierza znacząco ją zaostrzyć – w praktyce wprowadzając zakaz uprawy i sprzedaży również nie odurzających odmian konopi.
Przyjrzyjmy się bliżej odpowiedzi Ministerstwa Sprawiedliwości na dezyderat Komisji do Spraw Petycji. Z pewnością merytorycznie stoi ona wyżej niż “ekspercka opinia” zamówiona przez Komisję, o której pisałem we wcześniejszym wpisie na blogu. Wciąż jednak jej główne tezy pozostają mocno dyskusyjne. Nim pochylę się nad nimi bardziej szczegółowo, zaznaczę, że do stanowiska Ministerstwa odnosiło się też stowarzyszenie Wolne Konopie. Warto zapoznać się z tym stanowiskiem, gdyż jest ono bardzo dobrze przygotowane. W tym miejscu poruszę jednak inne wątki, pominięte przez Wolne Konopie w ich obszernym wystąpieniu.
Odpowiedź Ministerstwa Sprawiedliwości sygnowana jest nazwiskiem wiceministra Arkadiusza Myrchy z PO, ale z pewnością przygotowali ją dla niego zatrudnieni w Ministerstwie urzędnicy. Mimo to z odpowiedzi przebija jednoznaczny komunikat o charakterze politycznym: w rządzie nie ma woli, aby cokolwiek depenalizować, nawet konopie. W tym miejscu od razu chciałoby się odpowiedzieć: szkoda, bo zajmie się tym kolejny rząd – przypuszczalnie Konfederacji z PiSem. W ten sposób populistyczna prawica znów ogra demokratycznych liberałów, jak to miało miejsce po 2015 roku w przypadku medycznej marihuany. Najwyraźniej Tusk i koledzy kojarzą pomału, opornie uczą się na swoich błędach. Radykalna karalność posiadania każdej ilości konopi była pomysłem forsowanym przez polityków konserwatywnej prawicy, w tym Lecha Kaczyńskiego i Zbigniewa Ziobro, którzy na tych szkodliwych postulatach budowali swój wizerunek szeryfów. PO broni tego pomysłu od kilku dekad jak niepodległości. Czy politycy tego ugrupowania naprawdę nie rozumieją, dlaczego zwłaszcza ludzie młodzi postrzegają obie te partie jako niewiele się od siebie różniące?
Wracając do odpowiedzi Ministerstwa Sprawiedliwości, przywołano tam dane wskazujące, że w Polsce wśród nieletnich używanie konopi jest wyższe niż średnia europejska, a konopie odpowiadają za ponad 30% zgłoszeń do systemu leczenia uzależnień. Zdaniem Ministerstwa płynąć stąd ma wniosek, że częstsze i bardziej rozpowszechnione używanie konopi będzie prowadziło do zwiększenia zapotrzebowania na leczenie i terapię. Tylko jak ma się to do postulatu depenalizacji konopi? Ministerstwo chyba zakłada, że depenalizacja zwiększy ilość osób używających konopi oraz intensywność tego używania. Tymczasem celem depenalizacji jest przede wszystkim akceptacja dla istniejącego stanu rzeczy, w którym konopie są już popularnym środkiem odurzającym, a ich karalność nie ma większego sensu, przynosząc więcej szkody niż pożytku. Przy czym, racjonalnie jest założyć, że skala używania konopi to wynik właśnie ich nielegalności, a brak karalności albo sytuacji nie zmieni, albo może nawet ją poprawi. Mamy przecież badania z innych krajów, gdzie depenalizacja, a nawet legalizacja (i to w modelu komercyjnym!), nie wywołała boomu na uzależnienie, zwłaszcza wśród nieletnich.
Ministerstwo pisze, że depenalizacja to niekontrolowana dostępność [konopi], która grozi rozszerzeniem problemu narkomanii w Polsce. Tymczasem depenalizacja nie jest niekontrolowaną dostępnością, a jedynie przeniesieniem ciężaru ścigania na inne przestępstwa narkotykowe, z tych najlżejszych i związanych z używaniem. Argumentacja Ministerstwa nie tylko więc dowodzi niezrozumienia istoty zagadnienia, ale nie ma żadnego poparcia w danych naukowych.
Niezrozumienie istoty polityki depenalizacji przez Ministerstwo Sprawiedliwości nie wyczerpuje jednak wszystkich absurdów wydanej opinii. Co jeszcze bardziej zdumiewające, czytamy w niej bowiem, że częściowa legalizacja (uchylenie karalności) posiadania środka odurzającego (…) w zakresie postulowanym w petycji, prowadzić będzie do znacznego powiększenia nielegalnego i niekontrolowanego przestępczego sektora produkcji i obrotu tymi środkami odurzającymi (…) ze względu na umożliwienie wprowadzania do obrotu środków odurzających do 15 gramów. Dodatkową konsekwencją uwzględnienia omawianego postulatu będzie również zwiększenie nielegalnego przywozu do Polski przez granice środków odurzających pozyskanych taniej za granicą. W wyniku lokalnej „dystrybucji” staną się one legalnymi środkami posiadanymi na tzw. własny użytek.
Przewóz przez granicę środków odurzających jest osobnym czynem zabronionym, podobnie jak wprowadzanie ich do obrotu, a nawet udzielanie! Wygląda na to, że autorzy opinii nie znają prawa narkotykowego. W cytowanym fragmencie i później pojawia się też obawa, że czarnorynkowi handlarze posiadać będą przy sobie jedynie 15 gramów. W ten sposób powraca absurdalna figura dealera z małą ilością narkotyków, ignorująca chociażby fakt, że Policja od kilku dekad rutynowo przeszukuje miejsce zamieszkania każdego zatrzymanego z opaloną lufą małolata… Jest też zabawny argument odwołujący się do rzekomej ilości porcji handlowych zawartych w 15 gramach konopi:
[W] kontekście postulowanej „dozwolonej” gramatury posiadanego narkotyku (mniej niż 15 gramów) wskazać należy, że 15 gramów marihuany stanowi od 15 do 50 porcji handlowych tego narkotyku. Przyjmuje się przy tym, że porcja marihuany pozwalająca na odurzenie jednej osoby to 0,5-1 gram. W rezultacie, uwzględnienie petycji skutkowałoby, że można będzie legalnie posiadać wskazany narkotyk o gramaturze pozwalającej jednorazowo odurzyć nawet 30 osób.
Oznacza to, że Ministerstwo jest przekonane, że marihuana sprzedawana jest na porcje liczące sobie po 0,3 grama. Nigdy się z czymś takim nie spotkałem, podobnie jak z dilerem posiadającym jedynie 15 gram konopi. Niemniej jednak nie wykluczam, że urzędnicy Ministerstwa Sprawiedliwości mają tutaj bardziej insiderską wiedzę ode mnie.
Jest też fragment o dopalaczach. Oczywiście chodzi o to, że depenalizacja konopi to prosta droga do zwiększenia liczby zatruć nimi. W opinii czytamy:
[N]ie można wreszcie tracić z pola widzenia faktu, że użytkownicy marihuany mogą być narażeni na ryzyko przypadkowego kontaktu z syntetycznymi kannabinoidami.
Problem w tym, że dzisiaj użytkownicy marihuany mogą spotkać się syntetycznymi kannabinoidami właśnie dlatego, że konopie zepchnięte są do podziemia. Możliwość własnej uprawy i unikania kary za posiadanie konopi raczej zmniejsza ryzyko używania syntetyków, a nie zwiększa. Urzędnicy Ministerstwa są innego zdania, ale żadnymi naukowymi argumentami tego nie podpierają. W zamian w kilku miejscach Ministerstwo zarzuca petycji to, że nie jest ona profesjonalnie napisanym projektem ustawy. Wyraźnie widać to w tym fragmencie omawianej opinii, gdzie mowa jest o tym, że:
przedmiotowa petycja, zmierzając jedynie do wybiórczej ochrony użytkowników marihuany przed nadmierną represyjnością prawa, nie zawiera próby bardziej kompleksowej regulacji związanych z następstwem postulowanego uchylenia karalności posiadania i uprawy określonej ilości marihuany. W rezultacie przedstawione rozwiązania są niekompletne, stanowiąc po części kopię rozwiązań przyjętych w Niemczech. Nie zawierają one jednak kluczowych rozwiązań koniecznych do funkcjonowania nowych norm w polskim porządku prawnym i społecznym. (…) Brak jest uzasadnienia dla przyjętego limitu ilości marihuany. Brak jest również przedstawienia kompleksowego modelu proponowanych rozwiązań. Ponadto nie dokonano oceny kosztów wprowadzenia przepisów, a teoretyczne oszczędności w zakresie potencjalnego odciążenia systemu prawno-karnego nie zostały porównane z kosztami z obszaru zdrowia publicznego.
Razi mnie tu brak researchu istniejących już opracowań ze strony autorów opinii. Najwyraźniej nie znają oni raportu Instytutu Spraw Publicznych na temat kosztów karania za posiadanie narkotyków, nie znają opracowań na temat tabeli wartości granicznych dla narkotyków, a do tego chcieliby, aby Przemek Zawadzki przeprowadził cały proces legislacyjny jakiegoś konkretnego projektu ustawy, a nie po prostu zgłosił postulat zmiany niewątpliwie szkodliwego prawa. To pomieszanie porządków, bo nie na tym polega mechanizm obywatelskiej petycji.
W końcowych fragmentach opinii urzędnicy Ministerstwa postanawiają jeszcze bardziej odsłonić karty:
Omawiana propozycja częściowej legalizacji posiadania żywicy konopi oraz ziela konopi skutkować będzie radykalnymi zmianami społecznymi. Umożliwi bowiem ułatwiony, niekontrolowany przez Państwo w żaden sposób, dostęp do tego typu środków odurzających […].
Wsparte jest to odesłaniem do przełomowego dla zmiany polityki wobec konopi w Polsce, aczkolwiek w swojej treści bardzo kiepskiego wyroku Trybunału Konstytucyjnego z dnia 4 listopada 2014 r. (SK 55/13), gdzie jednym z argumentów przeciwko dekryminalizacji i depenalizacji konopi było właśnie stwierdzenie, że w odniesieniu do narkotyków brak jest w Polsce mechanizmów nieformalnej, kulturowej kontroli.
Konserwatywna PO nie chce zmian społecznych, woli powstrzymywać je karami. Spadająca akceptacja dla alkoholu i rosnąca dla konopi w sposób mniej lub bardziej wyraźny zdają się pozostawać w sprzeczności z polityką społeczną, jaką ta partia pragnie uprawiać. Widzimy to w omawianym dokumencie jak na dłoni. Konopie, pomimo wielu dekad powszechnej dostępności w Polsce, wciąż uznawane są przez polityków za używkę kulturowo obcą i niemożliwą do kontroli w sposób inny niż za pomocą kar. I może to właśnie stanowi najprostsze wyjaśnienie, dlaczego z depenalizacją konopi nic się nie dzieje i nic się nie wydarzy?
Czy petycję Przemka Zawadzkiego można by napisać lepiej?
Z perspektywy czasu widać, że Przemek Zawadzki popełnił strategiczną pomyłkę – sformułował petycję jako wniosek o zmianę prawa wskazując konkretny kształt przepisu. Gdyby po prostu ogólnie opisał, o co mu chodzi, być może trudniej byłoby Ministerstwu Sprawiedliwości kwestionować postulat depenalizacji. Sam przepis wprowadzający depenalizację konopi również mógł zostać lepiej sformułowany. Wystarczyłoby do niego dodać zapis, że 15 gram (czy jakąkolwiek inna mniejsza ilość konopi) przeznaczone ma być na własny użytek. Mógłby on więc wyglądać tak:
Art 62.4 ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii. Jeżeli przedmiotem czynu, o którym mowa w ust. 1, jest żywica lub ziele konopi innych niż włókniste w ilości nieprzekraczającej 15 g, a okoliczności popełnienia czynu wskazują, że sprawca posiada je na użytek własny, nie podlega on karze.
Oczywiście nic stało na przeszkodzie, aby Ministerstwo Sprawiedliwości czy jakakolwiek komisja sejmowa doprecyzowały ten przepis same. Na żadnym jednak etapie prac sejmowych nikt nawet tego nie zaproponował.
W odpowiedzi Ministerstwa Sprawiedliwości pojawia się wiele innych, ciekawych wątków, których nie będę tu rozwijał. Zainteresowanych kwestiami regulacji konopi i polityką narkotykową zapraszam zaś do lektury mojej książki, gdzie szczegółowo omawiam wszystkie fakty i badania naukowe istotne dla skutecznego regulowania konopi. Znajdziecie ją z łatwością w księgarniach internetowych.
[Fot. tytułowa: Marsz Wyzwolenia Konopi w Krakowie 2012 r. – autor Mieszko Stanisławski]

