Na referendum precz!

Jeden z banerów rozwieszanych przed lokalami wyborczymi przez urzędników

Referendum za nami. Zorganizowaliśmy je bez żadnego wcześniejszego doświadczenia, grupą mieszkańców, w oderwaniu od partyjnych struktur, interesów, kalkulacji. Choć początkowo nikt nie zakładał, że w referendum uda się osiągnąć próg ważności – 8.100 głosujących mieszkańców, z czasem nadzieje zaczęły rosnąć. Kampania referendalna była głośna, odbijała się echem także w ogólnopolskich mediach. Problemy miasta i wsi zostały zdefiniowane, większości mieszkańców zakomunikowane. Zdawało się, że o referendum niemal wszyscy mówili albo przynajmniej słyszeli. Wiele osób deklarowało chęć w nim udziału. Na przestrzeni dwóch miesięcy zbierania podpisów (od połowy czerwca do połowy września) i w czasie ostatniego miesiąca kampanii obserwowałem znaczny wzrost zainteresowania polityką lokalną. To rozbudzało oczekiwania. Przebicie bariery 6 tysięcy głosów wydawało się zapewnione, choć ostatecznie skończyło się na wyniku 4.2 tysiąca.

Choć i ta liczba jest sukcesem, otwarte pozostaje pytanie, co właściwie się stało, że pomimo wystąpienia warunków do udanego referendum (niezadowolenie społeczne, szeroka kampania informacyjna, zainteresowanie mieszkańców referendum), jedynie połowa wymaganej ilości mieszkańców postanowiła skorzystać z opcji natychmiastowego zakończenia kadencji szkodliwego dla gminy, aferalnego samorządu?

Klęska lewicy!

Jak mawia klasyk, miejscowy niedo-rzecznik samorządowy, wyniki referendum to “klęska lewicy” i wywodzącego się z głębokiej komuny “środowiska wnuczków ubeków i zakonspirowanych agentów”. Pomijając oczywistą niedorzeczność tych śmiałych sądów (do której już zdążyliśmy się przyzwyczaić), jest to opinia oderwana od… faktów. Referendum nie było “awanturą” wywołaną przez jedno określone środowisko polityczne, lecz dziełem grupy niezadowolonych stanowiącą pełen przekrój miejscowej społeczności. Pisałem wcześniej, że to bynajmniej nie środowisko lewicy podpisało się pod wnioskiem o zwołanie referendum (ani nie ono organizowało zbieranie podpisów), przewidywałem też, że niekoniecznie zechce ono wziąć w ogóle w nim udział. Moim zdaniem, również znaczna część (o ile nie większość) osób podpisujących wniosek o referendum ostatecznie nie wzięła w nim udziału. Samo w sobie jest to interesującym fenomenem, którego wyjaśnienie nie jest łatwe.

Tymczasem, zejdźmy na poziom liczb, przez Stanisława Kotarbę czy Ewę Filipiak nie przywoływanych. W 2006 roku na “lewicę” głosowało 2275 osób. Tyle głosów otrzymały lewicowe komitety wyborcze do Rady Miejskiej – nie wystawiając nawet kandydata na burmistrza.  W 2010 roku “lewicę” w wyborach do Rady Miejskiej stanowiła wyłącznie lista SLD, która otrzyma 1579 głosów. W wyborach na burmistrza z tej listy startował Zbigniew Jurczak, na którego zagłosowało 4201 wyborców. Jak się wydaje, w większości wyborcy ci stanowili elektorat negatywny Ewy Filipiak, nie zaś “elektorat lewicowy” (bo Jurczak otrzymał o ok. 2.6oo głosów więcej niż ugrupowanie, z którego list startował). Potwierdza to wynik kolejnego głosowania w gminie – wyborów parlamentarnych 2011 roku. Listy lewicowe otrzymywały tam następujące poparcie: SLD – 1085, Ruch Palikota – 1653. Do tego dochodzi Polska Partia Pracy – Sierpień 80 (73) oraz (być może – w zależności od definicji “lewicowości” przyjmowanej przez Kotarbę) PSL (855). W sumie, przy zwiększonej w stosunku do wyborów lokalnych frekwencji “środowisko lewicowe” mieści się w przedziale 2738-3666 głosów (przy czym bliższe jest tej pierwszej liczbie).

Z tego zestawienia wynika, że w naszym referendum “środowisko lewicowe” nie wzięło udziału, a przynajmniej nie stanowiło ono większości. Więcej, w moim odczuciu elektorat “lewicy” w znacznej mierze w tym referendum pozostał bierny – ani nie popierał jego organizacji, ani nie uczestniczył (niestety) w głosowaniu. Po części bierze się to stąd, że środowisko to nie ma wyrazistego lidera, człowieka, którego zdanie stanowiłoby wyznacznik postaw i wyborczych zachowań. Wadowicka lewicowość jest raczej magmowym konglomeratem doraźnych głosowań i zachowań, bez większej wewnętrznej logiki i wynikającej z niej długofalowej strategii. Kolejne zamanifestowanie się tego faktu w istocie rzeczy stanowić może jedyny sens, jaki w kontekście tego głosownia nadać można terminowi “klęska lewicy”.

Bierność, strach, konformizm

Pisząc kilka tygodni temu o realnej możliwości odwołania burmistrz i jej dworu w postaci zwasalizowanych, bezwolnych radnych, nie doceniałem siły strachu zatrudnionych i powiązanych oraz konformizmu pozostałych mieszkańców. W ostatnią niedzielę widziałem jednak, że pozostająca w opozycji do burmistrz i jej polityki większość wychodzi z kościołów ze spuszczonymi głowami, omijając lokale do głosowania. Ten widok musi zastanawiać. Dlaczego mieszkańcy Wadowic i okolic pozbawili się sami możliwości zmiany swojego politycznego otoczenia? Dlaczego postanowili w ogóle nie ujawnić swoich preferencji w procesie głosowania?

Trudno od ludzi zajętych własnym życiem oczekiwać bohaterstwa. Lub inaczej – trudno oczekiwać od nich działań nieracjonalnych. Problem w tym, że wobec manifestowanych posunięć władzy, uczestnictwo w referendum stawało się posunięciem ryzykownym, wstrzymanie na rok z wydaniem sądu, posunięciem rozsądnym. Próg frekwencyjny ważności referendum przesądza o niesymetryczności warunków gry wyborczej, gdyż władzy lokalnej walczącej o utrzymanie daje możliwość zniesienia tajności głosowania. Jak tego dokonano?

Deklaracje Stanisława Kotarby, rzecznika burmistrz, że z imienia i nazwiska zamierza poznać uczestników głosowania, nie pozostały jedynie deklaracjami. Przez kilka tygodni niszczono i kradziono banery inicjatorów referendum, przy znikomym zainteresowaniu miejscowej policji. W akcjach tych, jak donosili mieszkańcy i pokazują materiały filmowe, uczestniczyli urzędnicy. Na gorącym uczynku złapaliśmy Kazimierza Lichwiarskiego, radnego Wspólnego Domu (ugrupowanie burmistrz) i przewodniczącego Komisji Praworządności – niszczył materiały referendum. Nocami po Wadowicach krążyła spora grupa radnych, urzędników, różnych innych pomagierów. W te noce, gdy pilnowaliśmy poczynań ubranego na czarno rzecznika Kotarby i Piotra Hajnosza (urzędnik, członek władz PO w Małopolsce), żadne materiały nie były niszczone, banery nie ginęły. W tym miejscu przypomnę, że obaj już wcześniej zostali złapani “na gorącym uczynku” w czasie zakłócania ciszy wyborczej przed referendum w Kalwarii Zebrzydowskiej. Ponieważ wspomniałem kiedyś o tym w jakimś komentarzu, Piotr Hajnosz oskarża mnie teraz o zniesławienie (sprawa nadal się toczy, a jej arcyciekawy przebieg niebawem opiszę). Wreszcie, w biały dzień, w asyście policji, burmistrz ściągnęła kilkaset naszych plakatów. Działania te kontynuowała bez reakcji organów ścigania do nastania ciszy wyborczej. Na końcu zaczęto niszczyć samochody, wybijać szyby. Trudno zakładać, że sprawcy tych aktów wandalizmu nie mieli nic wspólnego z poprzednimi.

Ten pokaz siły i pogardy dla prawa musiał oddziaływać na wyborców, zwłaszcza, że całe miasto zostało przez urzędników zaklejone napisami i banerami z “preczami” oraz deklaracjami “nie idę”. Wieszano je często “na czarno”, bez pozwoleń, ale sterroryzowani mieszkańcy nie śmieli nawet zaprotestować, gdy na ich płocie urzędnicy w nocy wywieszali “precze”. Dzieła dopełnił kształt zgłoszonych przez organy gminy komisji obwodowych. O ile nam, organizatorom referendum, nie wolno było się zgłaszać do komisji, ani być mężami zaufania, głosowania pilnowali urzędnicy z najbliższego otoczenia burmistrz. To im trzeba było spojrzeć w twarz, aby móc wziąć udział w głosowaniu. Do tego doszli dyrektorzy różnych gminnych jednostek (szkół i przedszkoli) oraz prezesi miejskich spółek. Ponieważ w części z nich pracownikom zapowiedziano, że udział w głosowaniu wiąże się z utratą pracy, w ten sposób z głosowania wyeliminowano kilka tysięcy osób – na tyle obliczam elektorat zatrudnionych i najbliższych rodzin.

Strach przed możliwymi represjami i umiejętne stworzenie pozorów braku akceptacji dla referendum w przestrzeni publicznej (nagle wywieszone “precze”, ulotki przedstawiające referendum jako awanturę, uderzenie we mnie jako “narkomana chcącego władzy”) zaowocowały przyjęciem przez znaczną cześć elektoratu postawy wyczekującej – do następnych wyborów. Istotne okazało się również doświadczenie niedzielne, a więc z dnia głosowania. Dla przeciętnego mieszkańca wsi składa się na nie udział we mszy i wysłuchanie kazania. Księża nie przejmowali się szczególnie ciszą wyborczą, ale w wielu parafiach już wcześniej oznajmiono z ambon, że udział w referendum to grzech. Wywierało to dodatkową presję na powstrzymanie się od głosowania, którą widać było w poszczególnych miejscowościach. Dodatkowo, przed lokalami stali miejscowi radni obserwując do nich wejście. To także stanowiło formę nacisku na głosujących.

Dlaczego sukces?

Oczywiście organizacja referendum była elementem szerszej strategii mającej na celu odsunięcie od władzy Ewy Filipiak i jej środowiska. W tym kontekście referendum jest sukcesem, niezależnie od zachowania się wyborców. To po prostu wartość sama w sobie. Jednak, nie można na nie patrzeć wyłącznie jako na ruch taktyczny – organizacja głosowania za odwołaniem władzy, którą ocenia się jako niekompetentną czy wręcz bandycką (inna sprawa, że owe bandyckie metody władzy zobaczyliśmy w czasie kampanii referendalnej w pełni) jawi się po prostu jako obowiązek moralny. Referendum odwoławcze jest przecież narzędziem mobilizowania niezadowolonych i utrącania nieakceptowanych władz.

Nawet zostawiając na boku wymiar taktyczny i moralny głosowania z 27 października, ocena wyników nadal wypada dobrze. Mianowice, Kancelaria Prezydenta RP podaje, że do końca sierpnia w Polsce odbyło się 85 głosowań odwoławczych (liczby dotyczą tej kadencji!), a kolejne 14 było przygotowywanych. Póki co, odwołano jedynie 9 szefów polskich samorządów (podaję za Gazetą Krakowską). Oczywiście niemal w każdym przypadku nieważności referendum chodziło o brak wymaganej frekwencji. Oznacza to, że skuteczność tego mechanizmu nie przekracza 10%, co świadczy o istnieniu błędu natury systemowej. Mechanizm referendum nie działa, a zmiany proponowane właśnie przez Prezydenta RP spowodują, że jego skuteczność spadnie do 0. Ale przecież Prezydentowi wywodzącemu się z partii rządzącej w największej ilości samorządów o to właśnie chodzi…

Wracając do rzeczy, nieważność wadowickiego referendum nie jest więc niczym szczególnym i nie dowodzi jakiejś niezwykłej klęski jego organizatorów czy błędów kampanii. Moim zadaniem wszystko zrobiono tak, jak należało. Zadecydowała bierność (częściowo wymuszona strachem) wyborców. Ale i ta “bierność” wymaga znalezienia punktu odniesienia, który pozwoli spojrzeć na nią w odpowiednich proporcjach.

W 2001 roku podjęto próbę odwołania Rady Miejskiej. Referendum było oczywiście nieważne, a frekwencja wynosiła 8.54%. Przełożyło się to na ogólną liczbę mniej więcej 2411 uczestników głosowania (byłem wśród nich). 12 lat później frekwencja wynosi ponad 14%, zaś w głosowaniu wzięło udział ponad 4200 osób. To zauważalny wzrost. Ciekawe jest również, że już rok później – w pierwszych bezpośrednich wyborach na burmistrza – Ewa Filipiak uzyskała mandat w pierwszej turze zdobywając 7001 głosów. Jej przeciwnicy (Kazimierz Malczyk, Marek Studnicki oraz Edward Wyroba) wspólnie otrzymali 6678 głosów. Zatem, ponad 2 tys. głosów w referendum przełożyło się na 6 tys. głosów kandydatów “opozycyjnych” oraz 7 tys. głosów Filipiak. Jak zmienią się proporcje teraz i jaki wpływ na przyszłe wybory będzie miało 4200 oddanych właśnie głosów przeciw Filipiak? Moim zdaniem w liczbach tych drzemią mocne podstawy do optymizmu.

Optymizm ten umacnia również fakt, że zagadką wadowickich głosowań jest magiczna, bo stała liczba 13.500. Tyle osób od lat bierze udział w głosowaniach (choć liczba uprawnionych stale się zwiększa!). Z jej perspektywy, referendum zaangażowało już 30% wyborców decydujących o losach gminy w najbliższym głosowaniu. A byli to wyborcy – jak można założyć – najbardziej zdeterminowani i zorientowani. Szanse, że Ewa Filipiak utrzyma absolutną większość w 2014 roku są żadne. Otwarte pozostaje pytanie, czy zdoła przeczołgać się przez drugą turę?

Takie ogłoszenia rozwiesili urzędnicy przed cmentarzami i kościołami już po referendum

Paradoks referendum

Na koniec spostrzeżenie, które przekazał mi nieoceniony Paweł Bajnosz. Wyobraźmy sobie, że do referendum idzie wymagana dla jego ważności liczba wyborców, czyli 8100 osób. Następnie przyjmijmy, że tylko połowa z nich +1 wyborca głosuje za odwołaniem organów gminy, reszta zaś popiera Ewę Filipiak i jej Straszny Dwór. W ten sposób burmistrz utraciłaby stołek głosami 4051 mieszkańców.

27 października za odwołaniem Ewy Filipiak głosowało 4030 osób. Referendum jest więc wygrane czy przegrane?

Post Scriptum: magma

Głosowanie 27 października stawia liczne znaki zapytania. Mamy w gminie 26 tys. mieszkańców o nieujawnionych przekonaniach, z których jedynie mniej niż połowa weźmie udział w głosowaniu. Ich zachowania wyborcze to sfera domysłów, a determinacja, a pewnie i świadomość obywatelska niska. Jednak założenie, że to oni gremialnie poprą Filipiak jest zwykłym nadużyciem. Tym większym jest zaś stwierdzenie, że właśnie burmistrz Filipiak świadomie poparli, zostając 27 października w domach.

Ciekawe rozważania o głosowaniu 27 października zawarł też w swoim wpisie na blogu Zbyszek Targosz, członek Miejskiej Komisji Wyborczej. Najbardziej ujęło mnie stwierdzenie, że wyniki referendum wskazują, iż Ewa Filipiak to lepszy wójt (sołtys?) niż burmistrz. Na gorąco wyniki referendum skomentował też, w podobnym do mojego tonie, bloger Marcin Gładysz.

9 thoughts on “Na referendum precz!

  1. Wydaje mi się, że o porażce Filipiak zdecyduje przede wszystkim elektorat negatywny. Ludzie będą głosować na samego diabła, byle nie na “papieską”. Przedreferendalne i referendalne popisy “zawsze wiernych” zaprocentują zwiększeniem tego elektoratu. Do tego dojdzie prawdziwa anonimowość głosujących. Wobec tego pytanie – czy lepiej kilku kandydatów, na aktórych rozłożą się głosy “anty Filipiak”, czy może jeden, góra dwóch, którzy skumulują niezadowolonych?

    1. Prawidłowo postawione pytanie nie brzmi – “czy lepiej” tylko czy to możliwe:) Otóż nie, niemożliwe – a z pewnych względów nawet niekorzystne, by był tylko jeden kontrkandydat Filipiak. Kumulacja niezadowolonych nastąpi w drugiej turze głosowania.

  2. Domyślam się, że jednego kontrkandydata łatwiej byłoby słownie “obić” przez kocichowy sztab wyborczy – strasząc lewakiem, narkomanem, i czymś tam jeszcze. I niekonieczne musiałby to być Klinowski. W Wadowicach (oprócz Ewy) przecież sami “politycy” i “lewacy” 😀
    Łatwiej byłoby też stworzyć czarnobiałą bajkę, o wyborze między papieskimi Wadowicami a czymś tam niedobrym.

  3. Znowu Klinowski kłamie, bo napisał, że:
    “27 października za odwołaniem Ewy Filipiak głosowało 4200 osób. Referendum jest więc wygrane czy przegrane?”
    To kłamstwo bo 27 października za odwołaniem Ewy Filipiak głosowało ledwo 4030 osób. Referendum jest więc wygrane czy przegrane?

    1. Człowieku, nacz się definicji terminu “kłamstwo”. Kotarba, Płaszczyca, Hajnosz – najwyraźniej wszyscy nie macie pojęcia o języku polskim. Ile osób głosowało za odwołaniem burmistrz i Rady Miejskiej stoi jak byk w grafice powyżej, trudno więc zarzucać mi, że kogoś chciałem “okłamać”. Natomiast faktem jest, że w tekście omyłkowo wpisałem liczbę 4200. Powinno być 4030. Gdybyś mi po prostu zwrócił na to uwagę, nie byłoby problemu, ale chodziło o inny efekt – “znów kłamstwo”! Czy Wam w ogóle przychodzi do głowy, że nie każdy chce być jak Płaszczyca czy Kotarba?

  4. Zatęchła dulszczyzna i upadlający lęk.
    Pamiętacie Państwo wyniki wyborów w obalonym w 1989 r. ustroju. 99,99% frekwencji i tyleż samo głosów oddanych na FJN (Front Jedności Narodu). Równie spontaniczny był udział w pochodach pierwszomajowych, 22 lipca itd. Kierownicy z miejsc pracy oraz sekretarze partii mieli jak na dłoni kto był grzeczny i przyszedł na pochód a kto był krnąbrny i nie pojawił się. Kij się zawsze znalazł. Chodzi mi o ustrój w w którym np. pan Kotarba czuł się wybornie, jak to wynika z jednego z jego życiorysów ( a ma tych życiorysów więcej!). To samo społeczeństwo obecnie pluje na ten ustrój na który do 1989 r. spontanicznie glosowało i w różnych innych formach demonstrowało „spontaniczne” poparcie. Jak to możliwe? Ano proste. Większość (przy społecznej własności wszystkiego) miało fuchy o których wszyscy wiedzieli , łącznie z policją i władzami partyjnymi : kierowcy bo kradli paliwo, rzeźnicy bo kradli z miejsca pracy mięso i wędliny, którymi potem handlowali, kontrolerzy bo brali łapówki itp. No i zwykły lęk, że z powodu zignorowania wyborów czy pochodu pierwszomajowego , a więc zaniedbania służalczości, ich zwykłe szwindle zostaną wyciągnięte na światło dzienne. Ja z fuch nie korzystałem. Nie musiałem się bać.
    Moim zdaniem z tej kondycji moralnej naszego społeczeństwa doskonale zdawali sobie sprawę w magistracie przejmując władzę po przemianach ustrojowych. Wykorzystali ją. Na stanowiska powoływano miernych , biernych , ale wiernych. Przykładem mogą być, moim zdaniem, radny K. Lichwiarski czy komendant Straży Miejskiej Bogusław Brańka, z tego co widziałem pupilek J. Cholewki. Uważam, że funkcjonariusze Straży Miejskiej działają i tak całkiem nieźle przy takim komendancie.
    Potem wystarczyło jedynie zorganizować system „monitoringu” i uprzejmego przypominania, że łaska pańska szybko może się skończyć. Klasyczną ilustracją monitoringu było ostatnie referendum. Wieczorem w dniu referendum zgłosiłem się do szkoły podstawowej Pod Skarpą ( w której pracuje jako nauczycielka żona S. Kotarby) , aby oddać głos. Zauważyłem w komisji żonę pana S. Kotarby (uzależnienie rodziców dzieci uczęszczających do tej szkoły od żony p. S. Kotarby, także uzależnienie pracowników szkoły) . Sam Kotarba zarabia 94 000 zł rocznie. Jego żona – nauczycielka około 3000 zł miesięcznie. Nie wiem w jakim charakterze obecna w komisji była M. Kotarba. Chyba nie brakuje im pieniędzy? Może była tam w charakterze niepłatnego obserwatora? Jeżeli była płatnym członkiem komisji to mam pytanie czemu nie dano zarobić studentowi, bezrobotnemu (często po wyższych studiach) i innym? Kotarbowie mieszkają na osiedlu gdzie mieszka wielu nauczycieli. Uważam, że po prostu władza gminna reprezentowana nieoficjalnie przez żonę S. Kotarby czuwała nad tym aby nikt nie odważył się być na tyle „bezczelnym” , aby pójść na referendum skoro władza powiedziała, że iść nie należy. Czy rodzice dzieci uczęszczających do tej szkoły nie czuli się zastraszeni, bo w komisji siedziała M. Kotarba? Także G. Ramos zasiadała w komisji. Znów podobne pytania. Ale Ramosowie mieszkają na Osiedlu Pod Skarpą i trzeba ludowi ze Skarpy pokazać, że władza czuwa. W. Ramos jest dyrektorem basenu. Zatrudnia wiele osób, których nie musi zatrudniać. Aby monitoring był perfekcyjny przed wejściem do komisji wyborczych czuwał jeszcze sam Stanisław Kotarba z aparatem fotograficznym. Jeśli bieda tak przycisnęła Kotarbów i Ramosów, że żony zostały zmuszone do dorobienia poprzez udział w komisjach referendalnych lub też chciały dopilnować prawidłowego przebiegu referendum to zwykła przyzwoitość wymagała, aby pracowały w komisjach nie związanych z ich miejscem zamieszkania i pracy. To co zaobserwowałem to metody zastraszania społeczeństwa rodem z KGB.
    Proszę zwrócić uwagę na to, że IWW postawiła wiele konkretnych zarzutów pod adresem magistratu pod kątem niegospodarności. Pozwów przeciw IWW w tym temacie nie było. Był za to pozew magistratu przeciw IWW, w trybie wyborczym o oszczerstwa , ale nie o niegospodarność. Jak p. Z. S. miała przygotować dowody do rozprawy w temacie oszczerstwa skoro została wezwana wieczorem na rozprawę , która miała się odbyć w dniu następnym o godz. 8.30 w Krakowie? Rzekomy brak dowodów , które przecież są i już dyspozycyjny wyrok sądu niekorzystny dla IWW. Tak to ogłupia i zniewala się mieszkańców gminy Wadowice.
    Kot Bolesław

  5. rzecznik: “była to klęska lewicy i wywodzącego się z głębokiej komuny “środowiska wnuczków ubeków i zakonspirowanych agentów”.
    autor bloga: “Pomijając oczywistą niedorzeczność tych śmiałych sądów………”

    No to jest piękne po prostu…..jak można łgać i zaprzeczać, będąc samemu wzmiankowanym wnuczkiem…..wyborne.

  6. Bolesław Kot: “Proszę zwrócić uwagę na to, że IWW postawiła wiele konkretnych zarzutów pod adresem magistratu pod kątem niegospodarności. Pozwów przeciw IWW w tym temacie nie było”

    W Łęcznej zadziałał podobny mechanizm. Tamtejszy bloger pisał o niegospodarności. Burmistrz zaś zgłosił do prokuratury podejrzenie o wydawanie gazety bez rejestracji.

  7. teraz to się trzeba skupić na wyborach 2014. Zebrać opozycyjnych radnych, zaplanować konstrukcje komitetow i list wyborczych, wyszukać chętne osoby będące w stanie odebrać trochę głosów radnym koalicyjnym. Rozejrzeć się za takim kandydatem na burmistrza który ma największe szanse wygrać z Filipiak (na pewno nie jest to Pan Jurczak) i krok po kroku realizować program nowych Wadowic. Podpisałem się z żoną i sąsiadem pod wnioskiem o referendum – wszyscy byliśmy głosować, w UM już jestem zidentyfikowany i mam to głęboko w d. mogą mi skoczyć. A jeżeli prawdziwa jest diagnoza dotycząca udziału (a raczej jego braku) w referendum ludzi składających podpisy pod wnioskiem o referendum – to można się tylko cieszyć bo te 4000 + Ci co się podpisali a nie przyszli – razem – odbije się czkawką Kotarbie i Filipiak. Brudna kampania z “preczami” pokazała twarz władzy i bez wątpienia strach. Gdyby Filipiak czuła się pewnie wystarczyła by skromna prośba o poparcie w referendum tych podobno 26000 zwolenników czyż nie? Burmistrz przegrała swoim listem w którym nawoływała do zostanai w domach – polecam zachować egzemplarz na pamiątkę. Pozdrawiam! Powodzenia i do przodu!

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *