Jutro przegrałem apelację

Doradca burmistrz otrzymuje ode mnie oponę. Niebawem na swoim portalu ogłosi: "Klinowski zaśmiecił Rynek. Mam dowody!" Sąd z nich nie skorzystał. (fot. M. Bańdo)

Jutro przegrałem “apelację” w Sądzie Okręgowym w Krakowie. To bynajmniej nie court-fiction. Piszę w czasie przyszłym dokonanym, bo wszystko jest już postanowione. Jutrzejsza „rozprawa” to tylko formalność – teatr organizowany w polskich sądach na potrzeby laików wierzących w sprawiedliwość. Polski wymiar sprawiedliwości trawią takie same patologie, jakie są udziałem innych instytucji „demokratycznej” Rzeczpospolitej. Tym razem wykorzystano je przeciwko mnie, nie po raz pierwszy.

Pożyczka, która się “odnalazła”

Opiszę tę historię krótko, ku pamięci i przestrodze. Wśród kilku innych ról, także pół-komediowych, jestem dziennikarzem obywatelskim. Dziennikarzem na serio i obywatelskim na serio jeszcze bardziej. Do tego postanowiłem zmienić lokalną (i nie tylko) politykę. W kilku miejscach sieci opisywałem te starania, co było dla mnie przyczyną wielu nieprzyjemności – z procesami sądowymi włącznie. Wiele miejsca poświęciłem osobom z wadowickiego podwórka – przede wszystkim burmistrz Wadowic Ewie Filipiak i jej pracownikom: Stanisławowi Kotarbie (szef powiatowej PO i radny powiatowy, pracuje fikcyjnie jako rzecznik Urzędu Miejskiego) oraz Marcinowi Płaszczycy (najpierw fikcyjnie zatrudniony jako administrator strony urzędu, obecnie etatowy doradca burmistrz, pracuje też fikcyjnie jako informatyk w UM Kalwarii, gdzie rządzi powiązany z burmistrz Wadowic były nauczyciel z jednej z gminnych szkół). To oni głównie podawali mnie do sądu albo przynajmniej próbowali. Były też przyjemności – moja działalność publicystyczna została doceniona – mój blog otrzymał tytuł Bloga Roku 2012. Działalność społeczną również zauważono – świadczy o tym rosnąca rozpoznawalność nie tylko lokalna. To wywołało reakcję.

Reakcja, czyli zrobiono ze mnie przestępcę

31 stycznia 2012 roku na prowadzonym przez siebie portalu informacyjnym M. Płaszczyca, pracownik burmistrz Wadowic, opublikował swój demaskatorski z założenia tekst pt. „Odnalazło się 100 tys. Klinowskiego”. Zarzucił mi w nim, że zataiłem przed Urzędem Skarbowym pożyczkę w wysokości 100 tys. zł, której nie umieściłem w oświadczeniu majątkowym radnego. W tej sprawie „interweniował Naczelnik Urzędu Skarbowego”, który „przyłapał” mnie na jej ukrywaniu. „Nieścisłe” miały być również dane dotyczące moich dochodów.

„Weryfikacja oświadczeń majątkowych Mateusza Klinowskiego nie wypadła dla niego pomyślnie. Okazało się, że podane przez radnego w oświadczeniu majątkowym (…) dane nie są do końca prawdziwe.” – pisał M. Płaszczyca.

Płaszczyca nie wspomniał, że uwagi do mojego oświadczenia majątkowego miały charakter drobnych uwag “technicznych” – nigdzie nie kwestionowano prawdziwości podanych przeze mnie danych. Urząd Skarbowy prosił jedynie o ich doprecyzowanie. O żadnej “zatajonej pożyczce” w piśmie nie było mowy. 

Jest to o tyle ciekawe, że fakt zaciągnięcia tego zobowiązania był Urzędowi Skarbowemu znany – odprowadziłem wszak do niej podatek i zarejestrowałem ją w US, co nie jest przecież w Polsce powszechną praktyką. Płaszczyca nie wspomniał też, że uchybienia znajdowały się w oświadczeniach 9 innych radnych, w tym przewodniczącego Rady Miejskiej Zdzisława Szczura. Z jego tekstu wynikało, że jedynie moje oświadczenie zawierało nieprawdę i zostałem na niej „przyłapany”. Pracownik burmistrz wspomniał też, że usiłował się ze mną skontaktować z prośbą o komentarz do całej sytuacji. Było to kolejne kłamstwo.

Płaszczyca nie opublikował przesłanego mu sprostowania nieprawdziwych informacji. Napisał, że nie będzie „afirmował swoim nazwiskiem” oczywistych jego zdaniem nieprawd. Tym samym złamał prawo prasowe, które nakłada obowiązek prostowania nieprawdziwych informacji. W nierzetelnym tekście Płaszczycy było ich pełno – najzupełniej celowo. Cały tekst miał bowiem stanowić dowód, że mam coś “za paznokciami”, nie jestem uczciwy, choć tropię nieprawidłowości u innych. W komentarzach pod artykułem szybko rozgorzała dyskusja – „zatajona” pożyczka okazała się „podejrzana”. Pojawiło się też kilka fantastycznych historii, jak choćby ta, że kupiłem za nią doktorat itp. Do dziś są one powtarzane na portalu Płaszczycy. Powszechnie wiadomo, kto je z lubością produkuje.

Płaszczyca uważa się za dziennikarza, a prowadzony przez siebie portal “sprzedaje czytelnikom” jako portal informacyjny. Tymczasem, jest to raczej lokalna gadzinówka, której właściciel sprowadzony został do roli chłopca na propagandowe posyłki. Pisze o tym wprost sama burmistrz (czytelnym stylem swojego „rzecznika” Kotarby), precyzując obowiązki „redaktora”: „pomoc wobec rosnącej agresji i nietolerancji ze strony środowisk antyklerykalnych i lewackich, które coraz silniej atakują Kościół i błogosławionego Jana Pawła II” [z odpowiedzi burmistrz na interpelacje radnego H. Odrozka]. Rzeczona pomoc świadczona burmistrz jest bardzo opłacalna – Płaszczycę wspierają finansowo lokalne instytucje gminne. A gdy postanowiłem iść z nim do sądu, burmistrz użyła swoich wpływów dla obrony doradcy, o czym za chwilę.

Płaszczyca pozywa za “polityczną prostytutkę”

Jednak to M. Płaszczyca pozwał mnie do sądu pierwszy – a raczej usiłował wnieść akt oskarżenia przeciwko mnie o… zniesławienie. Zniesławieniem miało być nazwanie go “polityczną prostytutką” na jednym z niezależnych, lokalnych blogów. W krótkim tekście opisano tam historię przemiany Płaszczycy z tropiciela układu i samorządowej mafii w jej pachołka. W efekcie, w procesie z art. 212 Kodeksu karnego przeciwko mnie (jakżeby inaczej) zapadł zaskakujący wyrok – sędzia uznał, że zarzut „politycznej prostytucji” względem Płaszczycy jest… prawdziwy. Co więcej, prawdziwy miał również być zarzut szkalowania wybranych osób za pieniądze. Sędzia wskazał na dwa teksty Płaszczycy, jako przykłady “szkalowania”, w tym tekst: „Odnalazło się 100 tys. Klinowskiego”. Poza tym dość przytomnie uznał, że istnieją powody, dla których należy przyjąć, że to nie ja jestem autorem tekstu, za który Płaszczyca podał mnie do sądu. W czasie tej rozprawy Płaszczyca dowiedział się również, że – drogą przypadku – ten sam sędzia będzie rozpatrywał kolejną sprawę z art. 212 k.k. – tym razem z mojego oskarżenia. Szansę na wymuszenie na Płaszczycy publicznych przeprosin za głupoty, które na zamówienie burmistrz opublikował na mój temat były więc bardzo duże…

Nim przejdę do dalszych wydarzeń, dwie sprawy wymagają wyjaśnienia.

Dlaczego nie wpisałem pożyczki do oświadczenia majątkowego?

Pierwsze oświadczenie majątkowe, z 2010 roku miało dla radnych charakter prowizoryczny – np. radni wypełniali poszczególne kwoty dochodu nie mając danych na ten temat. Wpisywano kwoty szacunkowe. Podobnie robiono z kwotami kredytów. W rubryce poświęconej zobowiązaniom pieniężnym wpisałem kredyt bankowy i rozumiałem ją w ten sposób, że mam tam umieścić również inne zobowiązania wobec osób prawnych. O pożyczce od osoby fizycznej nawet nie pomyślałem. Z kolei, w kolejnym oświadczeniu, składanym krótko później, obejmującym całość 2010 roku, przepisywałem po prostu kolejne rubryki z poprzedniego oświadczenia, jak zresztą mnie pouczono (robiłem to po raz pierwszy). Gdy zapytałem, czy powinienem także wpisać pożyczkę od osoby prywatnej  otrzymałem odpowiedź, że Urząd Skarbowy udzieli mi takiej informacji weryfikując oświadczenia. Wydawało się to słusznym posunięciem, skoro nie zrobiłem tego uprzednio, a Urząd Skarbowy nie wypowiedział się jeszcze na temat poprzedniego oświadczenia majątkowego.

Następnie otrzymałem pismo, na które powoływał się Płaszczyca (zamieszczam je powyżej). W piśmie tym, jak widać, nie ma słowa o konieczności uzupełnienia oświadczenia o pożyczkę od osoby prywatnej, o której Urząd Skarbowy wiedział, co zresztą osobiście potwierdziłem u źródła. Uznałem zatem, że najlepiej będzie sprostować przy okazji wskazanych drobiazgów również ten fakt w obu oświadczeniach, niezależnie od tego, co o sprawie myśli Urząd Skarbowy. Skoro miałem prostować oświadczenia, postanowiłem zrobić tak, jak sam uważałem za stosowne i wykazać pożyczkę. Tyle.

Dlaczego oskarżyłem M. Płaszczycę z art. 212 k.k.?

Jestem przeciwnikiem przestępstwa zniesławienia – sam przecież wielokrotnie byłem straszony postępowaniem z tego paragrafu. Uważam go za szkodliwe dla demokracji narzędzie wykorzystywane przez ludzi u władzy do zastraszania ich krytyków. Jednak wobec słabości prawa prasowego oraz tempa procesu cywilnego, jedyną realną szansą na uzyskanie szybkiego sprostowania na portalu Płaszczycy, a jednocześnie zdemaskowania jego prawdziwego, gadzinowego charakteru, był właśnie art. 212 k.k. Użyłem więc ulubionego oręża polityków przeciw nim samym (podobny charakter ma również postępowanie wobec Ewy Filipiak, burmistrz Wadowic, zainicjowane ostatnio przez grupę radnych). W sprawie Płaszczycy to nie polityk przecież pozywa dziennikarza, lecz dziennikarz obywatelski oskarża wysługującego się władzy “handlowca” (jak mówi o sobie sam “gadzinowy redaktor”).

Na scenę wkracza rodzina Almertów

Proces karny przeciwko burmistrz (może w jego wyniku stracić mandat), proces karny przeciwko Płaszczycy (zdemaskować go jako kłamcę) – to, jak można się domyślać, powody, dla których wadowicka władza przyszła w sukurs wiceprezes wadowickiego Sądu Rejonowego poszukującej dla swojego syna, młodego adwokata z Katowic, pracy na trudnym, prawniczym rynku.  A Halina Almert przyszła w sukurs Ewie Filipiak. W ten oto sposób Bartosz Almert otrzymał umowę w Urzędzie Miejskim w Wadowicach (jest kolejnym prawnikiem gminy – tym razem pomagając ubogim mieszkańcom w pokoju zajmowanym przez Przewodniczącego Rady Miejskiej) i tego samego dnia stał się pełnomocnikiem burmistrz Wadowic w jej prywatnej sprawie prowadzonej przez Sąd Rejonowy mamy. Stał się też pełnomocnikiem M. Płaszczycy w Sądzie Rejonowym Kraków-Śródmieście, który prowadził moją sprawę. Wyroki tego sądu kontroluje instancyjnie…  wydział odwoławczy Sądu Okręgowego (ten sam budynek), którego przewodniczącym jest… Andrzej Almert – tata.

W czasie rozprawy adw. Bartosz Almert – syn, ograniczył się do złożenia jednego wniosku dowodowego – mojego oświadczenia majątkowego. Pod wpływem tego druzgocącego dowodu na nigdy niekwestionowane przeze mnie tezy, sędzia zmienił zdanie, a nawet… język swoich wyroków. Bez żadnej rozprawy, bez postępowania dowodowego moją sprawę sąd umorzył, pomimo niewątpliwej i prezentowanej wobec M. Płaszczycy dezaprobaty dla jego działalności. Czy racją takiego rozstrzygnięcia było tylko i wyłącznie obowiązujące prawo? Nie wydaje mi się.

Zwłaszcza, że po przeczytaniu treści postanowienia o umorzeniu zaniemówiłem.  Nie tylko dlatego, że „szkalowanie” stało się, cudownym zbiegiem okoliczności, „pisaniem prawdy”. Nie przekonała mnie też namiastka prawniczej argumentacji w postanowieniu sędziego (a raczej kogoś innego, kto za niego napisał tekst postanowienia) – a już zwłaszcza nazywanie posługiwania się kłamstwem przez dziennikarza w tekście informacyjnym „pewną ironią”. W postanowieniu pada też stwierdzenie, że M. Płaszczyca ma prawo pisać teksty nierzetelne, bowiem „nazywany jest polityczną prostytutką”. Zgodnie z tą logiką, prostytutce wolno więcej?

Od postanowienia sądu złożyłem zażalenie, zarzucając mu oczywiste błędy sędziego w ustaleniach faktycznych i kwalifikacji prawnej. Jednak fakt pojawienia się u boku burmistrz Wadowic rodziny Almertów – prezesów sądów karnych i opłacanego ze środków Gminy Wadowice ich syna – adwokata, oraz późniejsze zdarzenia w czasie posiedzenia sądu w sprawie oskarżonej Ewy Filipiak, czy nagła zmiana optyki sędziego w sprawie “szkalowania za pieniądze”, nie pozostawiają złudzeń co do dalszego przebiegu sądowego postępowania w sprawie nie tylko “podejrzanej pożyczki”. W apelacji przegrałem, już przed jej złożeniem.

Cała ta historia nie byłaby warta wspomnienia (kłamstwa rozpowszechnianie na mój temat niewiele mogą pomóc  – dzięki wspólnym wysiłkom obywateli Wadowic to już ostatnia kadencja Układu Wadowickiego), gdyby nie to, że stanowi ciekawy przyczynek do stanu polskiego wymiaru sprawiedliwości, który nie tyle działa w sposób stochastyczny, co po prostu składa się często z rodzinno-towarzyskich klanów, z którymi ustosunkowani politycy czy przedsiębiorcy wiele mogą załatwić. Czy tak było w moim przypadku? Tu się zatrzymam.

Przecież przegrałem jutro “w apelacji”!

[AKTUALIZACJA 25 luty 2013]

Dziś już jest jutro, a słowo stało się ciałem. “Apelacja” przegrana. W sprawie zniesławienia mnie przez pracownika burmistrz, sprzedajnego dziennikarza, nie byłem w stanie doprowadzić nawet do rozprawy sądowej, bo postępowanie umorzono przed wszczęciem postępowania dowodowego. W ten sposób de facto sąd pozbawił mnie możliwości skutecznej ochrony tzw. dobrego imienia. Nie mogłem nawet przedstawić oczywistych dowodów nierzetelności Płaszczycy. Czy do rozprawy nie doszło, bo dowody te były zbyt jednoznaczne? Oceńcie sami.

Płaszczyca pozostał bezkarny i będzie skalował kolejne osoby. Ostatnio na celownik znów wziął sobie rodzinę przyjaciół Jana Pawła II, która w Wadowicach walczy z zakłamaniem lokalnej władzy. Teraz o każdym może pisać właściwie wszystko – w promieniu setek kilometrów nie ma sądu, który by go skazał.

Ja tymczasem czekam na pisemne uzasadnienie podjętej dzisiaj (a właściwie kilka dni temu) decyzji sądu taty Almerta. Wtedy do sprawy wrócę i przyjrzymy się użytej argumentacji. Będzie to ciekawy materiał źródłowy dla badaczy.

9 thoughts on “Jutro przegrałem apelację

  1. Panie Mateuszu, zastanawiam się, czy sprawa moja i Niny sama w sobie nie jest tu swego rodzaju komentarzem. Chyba powinnam napisać do mojego adwokata i wyjaśnić mu, dlaczego przegrałam. Zastanawiam się teraz, czy dobrze zrobiłam rezygnując, bo do SN chyba te macki nie sięgają.

  2. Ja nie przegrałem i nie przegram bo mimo mniejszych porażek nigdy się nie poddaję. W mojej sprawie wadowicki sąd zrobił jak mu układ przykazuje, ale już w Krakowie wyszła głupota strony pozwanej, prawniczka pozwanego ZSP nr 3 przy odczytaniu wyroku w sprawie o ustalenie istnienia stosunku pracy na czas nieokreślony płonęła ze wstydu. Oczywiście próbowała go kasować, ale uzasadnienie skargi kasacyjnej poprzez samo napisanie, że jest ona zasadna to dla normalnych sądów zdecydowanie za mało. Wywalili jej to w przedbiegach, co mnie wcale nie dziwi. W drugiej sprawie, która aktualnie jest w toku też wyszło parę niewygodnych kwestii, i okazało się, że jechanie ciągle na tym samym argumencie, że byłem niby złym nauczycielem, nie wystarczy żeby uzasadnić własny brak wiedzy. Pani derektor (bo tak ją od tej pory nazywam) udowodniła, że nie miała żadnych podstaw do odebrania mi czynności a sąd ją obarczył kosztami postępowania, bo jak to zostało orzeczone, to z powodu jej błędnych założeń sprawa w ogóle trafiła do sądu. Zobaczymy co będzie dalej. Ja mam czas, odsetki rosną.

  3. W mojej sprawie pani także “derektor” również nie potrafiła udowodnić, dlaczego ja jestem gorszym nauczycielem i dlaczego zwalnia nauczyciela o wyższych kwalifikacjach i o dłuższym stażu pracy – ale sędzia oświadczył, że miała prawo zwolnić “po uważaniu”. Na walkę w SN przestało “mnie być stać”. A nawet gdyby byłoby mnie na to stać i gdybym wygrała – to przykład mojej koleżanki dowiódł, że byłoby to zwycięstwo iście pyrrusowe. Choć raz sędzia wystraszył się dziennikarzy. Moje doświadczenie mówi, że od polskiej oświaty publicznej w ogólności, a od ZSP w Kleczy Dolnej w szczególności należy trzymać się jak najdalej. Ot i ćwiczenie trybu przypuszczającego w czasie przeszłym…

  4. Trzeba kontynuować! Sam widzisz że przeskoczenie rodziny Almertów wymaga teraz więcej niż jednego sądu. Tryby tej machiny sprawiedliwości opornie się kręcą ale się kręcą, i wcześniej czy później zmiażdżą kogo trzeba. Zobacz na nasze wadowickie podwórko i sprawę IT – wygrana w sadzie w Krakowie. Podziwiam Twoje zaangażowanie i wiem że Twoja walka o lepsze jutro przyniesie konkretne korzyści.

  5. Mateusz, śledzę Twojego bloga, czytam, podziwiam i trzymam kciuki za Twoją wytrwałość.
    Życzę Ci wszystkiego najlepszego, ale przede wszystkim zdrowia, wszak życie w tej krainie – Ciemnogrodzie Katolickim do łatwych nie należy, zwłaszcza dla ludzi myślących.

    1. Dziękuję za słowa wsparcia dla mojej “walki” czy raczej “szarpaniny”. Nie przeceniałbym jednak roli katolicyzmu w kreowaniu ciemnogrodu. To zjawisko szersze niż takie czy inne wyznanie. Zresztą, katolicyzm dziś to etykietka, którą przypinają sobie niektórzy, za nic mając sobie kryjące się za nią treści.

  6. Mateusz, nie wciągaj się głębiej w to bagno. Tak nic nie zdziałasz! Tak oni Cię neutralizują! Uderzaj tam, gdzie masz szanse, a nie tam gdzie możesz jedynie ponarzekać!

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *