Bitwa o Kalwarię

Gorący letni dzień przywołuje wrześniowe wspomnienia. Ten sam gmach sądu, ten sam sędzia. Ten sam dociekliwy strażnik na bramce z wykrywaczem metalu. Kiedyś pytał o klucz, dziś pyta o znaczek przypięty do uchwytu plecaka. Tryb wyborczy zagnał na korytarze sądowe w charakterystycznym dla siebie pośpiechu kilkunastu ludzi, w większości dobrze już po pięćdziesiątce. Toczy się walka o Kalwarię Zebrzydowską, kolejne miasto, które padło ofiarą Wadowickiego Układu. Toczy się bez udziału ludzi młodych, polityka bowiem nadal jest rozgrywką starszych, którzy bawią się w nią od lat 80-tych. Samo w sobie  jest to ciekawe – skąd bierze się u młodych roczników ta nieświadomość konieczności zaangażowania? Ten brak rewolucyjnej świadomości, a może nawet instynktu samozachowawczego, patrząc na nasze zarobki, perspektywy, społeczny status.

Wracając do Kalwarii, w ostatnich wyborach samorządowych (2010 rok) czerwoną kartkę otrzymał dotychczasowy długoletni burmistrz, podobnie stało się w Andrychowie. W obu miejscach wypromowane nowe postaci. Kto za nimi stał? Nie były to spontanicznie zorganizowane grupy obywateli, jak naiwnie zakładali twórcy prawa samorządowego, lecz “wadowicka klika” – doświadczona w organizowaniu wyborczej hucpy i przejmowania kolejnych obszarów władzy w regionie. W ten sposób burmistrz Wadowic Ewa Filipiak przejęła władzę we wszystkich miastach powiatu, a ponieważ również Zarząd Powiatu od kilku lat był pod jej wpływem, objęła w regionie pełnię władzy.

Jednym z marionetkowych burmistrzów był Zbigniew Stradomski, nauczyciel, wcześniej podobno brat zakonny. Stradomski mieszkańcom zmęczonym długoletnim monopolem poprzedniego lokalnego monarchy wydał się powiewem świeżości. Rozczarowanie przyszło szybko. Na pracy burmistrza się nie znał, rządzili więc za niego inni. O to zresztą chodziło. Z Wadowic do Kalwarii wysłany został desant spadochroniarzy, kolegów i koleżanek Filipiak oraz jej układu. Pojawili się: były wicestarosta, polityczny przyjaciel burmistrz, pobierający horrendalne wynagrodzenie; była dyrektor szpitala, “pod którą” próbowano ustawić konkurs na kierownika przychodni, bez powodzenia jednakże, bo wyniki zdradził nieopatrznie ktoś na fejsbuku, po wyjściu na jaw machlojek dotychczasowy kierownik przychodni w dowód protestu z konkursu się wycofał. Pojawił się w końcu Marcin Płaszczyca, udający niezależnego dziennikarza prasowy “żołdak”, po ciuchu zatrudniany i wynagradzany za fikcyjne prace przez Ewę Filipiak. Zatrudniony w UM Kalwaria pełni też funkcję asystenta burmistrz Wadowic.

Pisałem wiele razy, że w powiatowej i gminnej Polsce rządzą mafie drobnych cwaniaczków. Wykorzystując organy państwa niszczą oni opór mieszkańców, pacyfikują niepokornych i rozprawiają się z opozycją.

To właśnie dzieje się teraz w Kalwarii Zebrzydowskiej. Znów w majestacie prawa. Tak więc, gdy grupa mieszkańców, zachęcona przykładem Inicjatywy Wolne Wadowice, zdecydowała się doprowadzić do usunięcia delegatury wadowickiego układu w Kalwarii Zeb. i zorganizować referendum, spadły na nich kolejne represje.

Polskie prawo przeciwko demokracji

Nim o represjach, zacznijmy od tego, że polskie prawo piętrzy trudności przed demokracją lokalną. Po pierwsze, nie nakłada ono żadnych restrykcji na ilość kadencji burmistrzów ( w Wadowicach jedna i ta sama osoba piastuje tę funkcję od ponad 17 lat). Nakłada natomiast poważne restrykcje na referendum, które ma prowadzić do odwołania burmistrza. W istocie mamy więc do czynienia z anty-obywatelskim systemem prawa samorządowego. Oto dwie najważniejsze przeszkody:

1. Pośpiech.  “Ustawa o referendum lokalnym” wymusza pośpiech w zbieraniu podpisów pod inicjatywą referendalną – jeżeli obywatele nie dysponują własną organizacją, a dopiero chcą się wokół idei referendum zorganizować, skazani są na porażkę. 60 dni na zebranie podpisów 10% osób uprawnionych do głosowania to naprawdę mało.

2. Próg. Podstawowy problem stanowi próg frekwencyjny ważności referendum: 3/5 liczby biorących udział w wyborze odwoływanego organu (art. 55 ustawy). Stanowi to ogromne ułatwienie dla odwoływanego burmistrza, dając mu do ręki prostą strategię wygrywającą: wystarczy, aby jego zwolennicy po prostu nie poszli do urn.

Znam tylko jedne przypadek, gdy burmistrz nie odwołał się do tej strategii – Jacek Karnowski w Sopocie nawoływał do pójścia do urn i poparcia. W ten sposób pokazał klasę, na którą w przypadku większości lokalnych watażków trudno liczyć. Burmistrzowie nie tylko jednak apelują do swoich zwolenników o wyrażenie poparcia poprzez absencję. Próg wyborczy stanowi zachętę do znacznie bardziej niepokojących działań. Burmistrzowie nie wahają się więc sięgać po środki radykalne, z repertuaru systemów totalitarnych – zastraszanie i szantaże. Ta strategia zniechęcania działa skutecznie zwłaszcza w małych gminach,  żyznym polu dla totalitarnych umysłów.

Burmistrz walczy z referendum

W 2001 roku próbowano odwołać burmistrz Wadowic. Referendum nie udało się z uwagi na frekwencję. Burmistrz skutecznie zastraszyła i zniechęciła do udziału mieszkańców. Rozsyłano listy, w których jej ówczesny pupil prof. dr hab. Andrzej Nowakowski (specjalista w dziedzinie kultury fizycznej, promotor biegania na bosaka) tłumaczył, że referendum jest wypaczeniem zasady tajności głosowania, gdyż pójdą na nie tylko przeciwnicy burmistrz. Doszło do tego, że apelowano o bojkot głosowania w imię walki o demokrację. Spisywano też nazwiska osób przychodzących do lokali wyborczych. Burmistrz obiecywała retorsje, a z doświadczenia wiadomo było, że jest zdolna do wszystkiego. Białoruś.

W Kalwarii A.D. 2012 zastosowano sprawdzone i przećwiczone w Wadowicach metody. Burmistrz Stradomski rozesłał do mieszkańców list, w którym przestrzegał przed „zagrożeniem dla naszej Gminy, którym jest kosztowne i oparte na kłamstwach referendum” (podkreślenia moje). Była mowa o „awanturze politycznej w celu odzyskania władzy”. Użyto więc identycznego języka, jak w Wadowicach w 2001 roku.

W liście burmistrza – zakonnika mowa więc jest, że dla Gminy zagrożenie stanowi instytucja demokracji. Burmistrz zwraca się zatem do mieszkańców „z gorącą prośbą o zignorowanie nawoływań grupy referendalnej i nie uczestniczenie w referendum”. Na apelach jednak nie poprzestano. Stradomski inicjatorów referendum postanowił bowiem pozwać do sądu za fałszywe jego zdaniem i pomawiające go zarzuty i oceny jego politycznych działań. Wykorzystał do tego osławione instytucje państwa totalitarnego, obecne w polskim prawie: art. 212 Kodeksu karnego oraz tzw. “tryb wyborczy”, który wprowadzono również do Ustawy o referendum lokalnym.

W Polsce nie tylko nie doczekaliśmy się zniesienia karania za słowo, ale nawet respektowania zasady, że funkcjonariusza publicznego nie można zniesławić oceniając jego działalność publiczną. A przecież to podstawa demokratycznych swobód. Dopóki nie stanie się ona elementem porządku prawnego, dochodzić będzie do nadużyć władzy i represji pod adresem obywateli.

Sprawa o zniesławienie burmistrza przez autorów referendum toczy się przed Sądem Rejonowym w Wadowicach, którego sędziowie nie mieli odwagi żądań burmistrza oddalić. W międzyczasie “pomówiony” nie mieszkał jednak skorzystać z “trybu wyborczego”, czyli prawniczego uzi. Ten łamiący europejskie konwencje i polską Konstytucję tryb pseudo-sądowy stanowi potężną broń polityków wykorzystywaną w czasie wyborów przeciwko obywatelom. Sam znalazłem się nie tak dawno w jego trybach.

W trybie wyborczym przed Sądem Okręgowym w Krakowie Stradomski żądał prostowania zarzutów sformułowanych pod jego adresem i odszkodowania 10 tys. zł. Żądania te, proces karny, proces wyborczy to rozbój w biały dzień. Gdzie są organy sprawiedliwości, rzecznicy praw wszelakich, Wojewoda Małopolski? Czy ktokolwiek będzie jeszcze chciał organizować referenda, skoro próba oceny działania burmistrza skutkować musi zarzutami karnymi i postawieniem przed sądem w trybie inkwizycyjnym, z dnia na dzień, bez możliwości skutecznej obrony?

Stradomski i parodia praworządności

Dzisiejszy proces wyborczy był kpiną z zasad państwa prawa. Sędzia zakłopotany sytuacją starał się jakoś pozbyć się kukułczego jaja, podrzuconego mu przez burmistrza. Ten podniósł kilkanaście zarzutów dotyczących przekłamań w twierdzeniach swoich krytyków, większość z nich była kwestią interpretacji. Pełnomocnik grupy inicjatorów referendum – Zofia Jończyk przyjęła więc strategię najlepszą – przedstawiła grupę świadków i setki stron dokumentów. Prawnik Stradomskiego, radca prawny UM Kalwaria i UM Wadowice – Piotr Kołcon, najwyraźniej przeszarżował z wnioskiem. Jończyk sprzyjało szczęście.

Wszystko i tak odbywało się z pogwałceniem przepisów. Proces zaczął się w poniedziałek, choć powinien w sobotę. Miał trwać 24 godziny od chwili złożenia wniosku, trwał jeszcze dziś i znów został przerwany. Prawdopodobnie nigdy nie zostanie wznowiony. Świadkowie zgłaszani byli przez telefon, sędzia nie miał szans zapoznać się z materiałem, gdyby zapadł wyrok, strony nie mogłyby się skutecznie odwołać. Jednym słowem – farsa, którą jakiś czas temu zaskarżyłem do Trybunału Konstytucyjnego i Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Napiszę o tym, gdy nadejdzie odpowiednia chwila.

Koszt referendum a koszt erozji demokracji

Znów refleksja ogólna. Instytucja referendum jest jednym z filarów demokracji. Tymczasem instytucja ta przeżywa kryzys, ale nikt się o nią nie upomina. Panuje powszechne przekonanie, że referenda lokalne przeciwko burmistrzom są trudne do przeprowadzenia i prawie nigdy nie kończą się sukcesem. Jak widać, dochodzi przy ich okazji do potężnych nadużyć, a lokalni bonzowie nie wahają się sięgać do metod totalitarnej władzy. Nikt jednak o tym nie krzyczy, nikt nie woła na alarm.

Liczba referendów spada (w kadencji władz samorządowych na lata 1998-2002 odbyło się 196 referendów, w kadencji w latach 2002-6 jedynie 88), spada również frekwencja (najwyższa frekwencja odnotowana została w 2008 r. w Lubomierzu i wynosiła 33,40%). Stąd, ważne okazuje się być jedynie 10-20% organizowanych referendów. Jest to pożywka do absurdalnej krytyki ich organizatorów, czyli przedstawicieli rodzącego się w bólach społeczeństwa obywatelskiego. Niemal daliśmy sobie wszyscy wmówić, że organizacja referendum jest marnotrawstwem, zwłaszcza, że ich koszty mają być ogromne. Tymczasem, gminy wydają na referendum od 5-10 tys. złotych, choć są i miasta, w których kosztuje to prawie 200 tys. Moim zdaniem, znacznie bardziej kosztowna jest utrata swojej funkcji przez referendum. Oznacza to przecież utratę kontroli nad władzą przez obywateli i kryzys demokracji.

“Eksperckie” teorie 

Eksperci prawa samorządowego, często bez doświadczenia pracy w gminie, uporczywie utrzymują, że przyczyną zawodzenia referendów jest słaba „komunikacja społeczna” i brak zaangażowania społecznego. A także niechęć do polityki. Wina jest więc po stronie obywateli, a odpowiedzią powinny być… państwowe represje w postaci obowiązku udziału w referendum. Doskonała recepta.

Zniesienie progu ważności za cenę zwiększenia liczby podpisów potrzebnych do rozpisania referendum (25% uprawnionych) przy wydłużeniu czasu zbiórki (100 dni) załatwiałoby problem, gdyby nie… działania odwetowe odwoływanej władzy samorządowej. Z nimi również coś trzeba zrobić, ale “eksperci” niewiele o nich wiedzą.

Wróćmy do Kalwarii Zebrzydowskiej. Mieszkańcy mają prawo mylić się w swojej ocenie burmistrza, co do zasady dysponują bowiem ograniczoną wiedzą na temat jego działań. Burmistrz, który nadużywa prawa do sądu, nie tylko naraża się na śmieszność – dowodzi również, że nigdy nie powinien piastować urzędu w demokratycznym państwie. Jego postępowanie to postępowanie despoty. Również sąd, który przyjmuje pozew, a następnie organizuje rozprawę, nie pochylając się nad sensem, istotą zdarzenia polegającego na dławieniu form demokracji bezpośredniej i zastraszania obecnych i przyszłych organizatorów potencjalnych „politycznych awantur referendalnych”, wpisuje się w logikę państwa totalitarnego. Najwyższy czas mówić głośno, że sędziowie RP biorą aktywny udział w represjach politycznych urządzanych przez lokalnych watażków, a czasem i prokuratury.

Ale sumienia sędziów pozostają czyste, wszak wykonują oni jedynie obowiązujące prawo. Choć czasem nie wykonują, kiedy to akurat jest im wygodne…

Różnica pomiędzy Polską a Białorusią jest różnicą stopnia. Jest gorąco, bo stopień wysoki. Wsiadam na rower i jadę w kierunki rzeki. W państwie totalitarnym oazy wolności czają się na poboczach głównych szlaków. W niedzielę bądźmy myślami z Kalwarią Zebrzydowską. Tam ważą się losy demokracji, którą zakonnik Stradomski ze swoimi pretorianami próbował dzisiaj przybić do krzyża. Papieska burmistrz Filipiak patrzy w napięciu z wyżyn swojego pałacu…

6 thoughts on “Bitwa o Kalwarię

  1. Sniliśmy swój złoty sen o demokracji, normalności. Po tylu latach… Mieliśmy w rękach wspaniały, złoty róg. “Ostał nam się ino sznur”. Historia lubi sie powtarzać… Chyba nie ma nic gorszego niz upadek ideałów i klęska nadziei.

  2. Jak wygląda sytuacja w układzie wadowickim przedstawia podany niżej przykład – choć takich jest o wiele więcej:

    1. Przed wyborami samorządowymi w 2010 roku Ewa Filipiak podczas spotkania z jeszcze wtedy mocnym człowiekiem PiS – Zbigniewem Ziobro, w bibliotece miejskiej w Wadowicach pokazała kto rządzi w mieście. Przypominam trzy rzeczy dla jasności: a) Ewa Filipiak startowała kiedyś w wyborach do samorządu pod szyldem PiS, potem wycofała sie z partii (rzekomo zawiesiła swoją działalność – ale jak długo można cos zawieszać). nie przeszkodziło jej to poprzez towarzyski układ, w którym wykorzystywała “swojego” przewodniczącego Rady Miejskiej Szczura i jego wysoko postawioną w PiS krewną (wszyscy wiedzą o kogo chodzi) oddziaływać skutecznie na środowisko pisowskie – no w grę wchodzi jeszcze sprawa “zawleczonych” jak zaraza do miejskich struktur PiS urzędników magistrackich, ich krewnych, dyrektorów szkół i nauczycieli, itd. itd., b) w wyborach 2010 roku Ewa Filipiak startowała z konkurencyjnego – przynajmniej w sferze kandydatów na radnych – komitetu wyborczego Wspólny Dom (starannie rzekomo wyselekcjonowanego – ale jak widać po przykładzie Mateusza Klinowskiego jednak nie dość. Tu chyba zawiódł po raz pierwszy zmysł nie tyle polityczny – bo nigdy go nie miał, ale krętactwa kocicha, vel wąsacza), ale Filipiak dostała wsparcie PiS oraz PO, które na wyścigi chciały okazać lojalność wobec swojej formalnej (no bo przecież kto tworzy PiS i PO w swojej masie – nie piszę potencjale politycznym i intelektualnym, a także etycznym – wszyscy wiedzą. Patrz wyżej w tekście). Ewa Filipiak pewna więc swojej pozycji pokazała kto rządzi i dyryguje w Wadowicach; c) podczas wspomnianego spotkania zakomenderowała, gdzie mają siedzieć przed obliczem Ziobry kandydaci PiS w wyborach samorządowych. Wyglądało to śmiesznie, gdy niemal ‘za bety’ wtargała Stradomskiego przed same oblicze dostojnego gościa. Tak samo „wytargany” został kandydat zwany przez Edwarda Wyrobę „utrzymankiem” magistratów oraz desygnowani do zarządu powiatowego kandydaci pisowscy.
    2. Przyznacie, że nieźle się urządziła, a po wyjściu ze spotkania z Ziobrą nad głowami wszystkich powiewał transparent; „głosuj na Ewę Filipiak” i jej wspólny dom. Szkoda, ze brakło jeszcze drugiej części hasła: głosuj na Ewę Filipiak i jej PiS oraz PO. Co do PiS-u jak widać nic się nie zmieniło. Dalej jest jej, a co do PO tu jednak kocicho nie pozwala wejść na swoje podwórko i dalej rządzi nią, choć w interesie wadowickiego układu bezdyskusyjnie.
    3. Ciekawe czy w niedzielę podczas referendum silniejsze okaże się „dyrygowanie” Stradomskim przez Ewę i jej wiernego – jak pisze Edward Wyroba – utrzymanka, czy też myślenie ludzi?

  3. No nie jęczeć mi tu w komentarzach. Zaraz przyjdzie gość od “hleba” i zmiażdży Was PZPR-owską argumentacją. Tak więc bojkot, bojkot i jeszcze raz bojkot… dla białoruskich metod w Polsce.

  4. Bardzo jestem ciekawa wyniku referendum,chociaż rozum podpowiada,że frekwencja nie dopisze,ludzie w małych skorumpowanych miastach takich jak Kalwaria ,Wadowice sądzą ,iż mało od nich zależy i naprawdę trzeba pracy od postaw ,aby przywrócić wyborcom siłę kartki wyborczej.

  5. Nie wiem, jak zakończyło się referendum w Kalwarii, ale wiem, że może się ono udać, tak jak u nas w Bytomiu. 17 czerwca br. w wyniku referendum odwołaliśmy prezydenta (PO) i radę miejską. Sposób na to jest dość prosty. Trzeba zebrać wszystkie zainteresowane referendum siły polityczne i społeczne, i połączyć siły ponad podziałami. Tylko wtedy jest szansa na sukces, gdy na czas referendum zapomnimy o różnicach programowych i poglądach politycznych, a wyznaczymy jeden wspólny cel. Mieszkańcom Kalwarii Zebrzydowskiej życzę uwolnienia się od “wadowickiej kliki”.

    1. Referendum niestety było nieudane – niska frekwencja. Ale ma Pani rację, kluczem do zwycięstwa jest dobra organizacja i zjednoczenie wokół wspólnego celu ponad podziałami ideologicznymi. To właśnie próbujemy zrealizować w Wadowicach. Dziękuję w imieniu ludzi zaangażowanych za życzenia i gratulacje z powodu udanej walki w Bytomiu!

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *