Protest wyborczy

Demonstracja Uwalniamy Wadowice (23.09.2011) - fot. A. Lewandowska

Ojczyznę-mamiznę obserwuję z oddali, w kalejdoskopie fejsbókowych powiadomień. Ułożenie spójnego obrazu z porozrzucanych fragmentów przychodzi ciężko, polityczne i społeczne zagmatwanie wydaje się labiryntem nie do przejścia. Poddaję się wreszcie i przestaję otwierać kolejne odnośniki prowadzące do polskiego piekła. Wracam do czytania gazet wydanych przed miesiącem i opisywania spraw zaległych.

Wracam dziś na blogu do ostatnich wyborów parlamentarnych. Pierwszych, w jakich brałem udział, nie biorąc w nich udziału. Z przyczyn bowiem taktycznych zrezygnowałem ze startu jako jedynka jednej z list, przyglądałem się tylko wyborczej kuchni. Lecz w pewnym momencie, za sprawą serii pozwów powiatowego szefa Platformy Obywatelskiej, boskiego Wąsacza, stałem się uczestnikiem kampanii w jej najbardziej dosadnym wymiarze – w sądzie. Była to lekcja ciekawa, choć nie bezstresowa. Inaczej wyobrażałem sobie mimo wszystko kompetencje sędziów. Nie wiem, czy dziś potrząsałbym bykowi czerwoną płachtą przed wąsem.

Dziś wiem, że poziom sądownictwa w Polsce jest jedną z przyczyn naszych problemów z demokracją i nie tylko. Ale ktoś tych sędziów tworzy, skądś się oni biorą. To przytyk pod adresem własnego gniazda, w tych zresztą się specjalizuję. To, jak wyglądają studia prawnicze, jak dramatycznie spada poziom intelektualny i morale przyjmowanej na nie młodzieży, to temat jednak zbyt rozległy, aby go tutaj rozwinąć. Dość powiedzieć, że wszystko zaczyna się w szkole. Czym za młodu… – mawiał klasyk.

O kampanii będę jeszcze pisał. Choć nie do końca wszystko potoczyło się tak, jak zakładałem, plan się powiódł. Zatrzymaliśmy w miejscu “kandydata partii rządzącej”, jak sam siebie określał. A raczej daliśmy mu szansę zatrzymać się samemu. Do wyzwolenia Wadowic droga jednak daleka… Tymczasem, kilka słów na temat kolejnej gorzkiej lekcji. Po ogłoszeniu wyników wyborów złożyłem protest wyborczy. Pisały o tym niektóre lokalne media. Skąd taki pomysł?

Zgodnie z prawem każdy mieszkaniec okręgu wyborczego może zaskarżyć przebieg i wynik wyborów do Sądu Najwyższego. W założeniu, protest to dodatkowe narzędzie demokratycznej kontroli nad najważniejszym z demokratycznych procesów – procesem wyłaniania władzy. A w praktyce?

Sprawa była dość prosta. W okręgu 12, w skład którego wchodzi również powiat wadowicki, zarejestrowano listę Ruchu Palikota. W ostatnich dniach kampanii wyborczej, już po wydrukowaniu list,  jeden z kandydatów wycofał się w zagadkowych okolicznościach. Nie jest to pierwszy przypadek, kiedy w Wadowicach kandydaci w różnych wyborach i konkursach zmieniają w ostatnim momencie zdanie na temat swoich planów. Do historii samorządności przejdą słynne wybory na burmistrza w 2006 roku, kiedy Ewa Filipiak w roli kontrkandydata wystawiła własnego pracownika, by wycofać go w przededniu wyborów. Kandydat listy Ruchu Palikota wycofał się jednak sam.

Oto co działo się później:

1. Wycofanie się kandydata, który mógł liczyć na kilkaset głosów uszło uwadze większości wyborców. A część komisji obwodowych w okręgu nie informowały o tym w sposób widoczny.

2. Dlatego głosy na osobę, która już nie brała udziału w wyborach, ale figurowała na karcie wyborczej, nie należały wcale do rzadkości.

3. Zaraz po wyborach pojawiły się opinie, że cześć komisji głosy te – błędnie – uznawała po prostu za nieważne. Opinie te wygłaszali członkowie obwodowych komisji wyborczych, zastrzegając sobie anonimowość.

4. Liście Ruchu Palikota, w wyniku obowiązywania wielce szkodliwej dla demokracji ordynacji wyborczej, premiującej duże partie polityczne, a właściwie partyjne marki promowane za pomocą ogromnych nakładów publicznych środków oddawanych im we władanie, zabrakło jedynie 281 głosów do uzyskania mandatu.

5. Średnia procentowa wartość głosów oddanych w okręgu wyborczym nr 12 wynosiła 94.60%, natomiast w powiecie suskim i wadowickim, gdzie kandydat był znany, niektóre komisje obwodowe notowały poniżej 90% głosów ważnych.

Wniosłem więc o prostą wydawałoby się sprawę – sprawdźmy głosy nieważne i zobaczmy, czy nie ma wśród nich czasem na kandydata, który wycofał się z wyborów, o czym mieszkańcy zwyczajnie nie wiedzieli. To pozwoli rozstrzygnąć wszelkie wątpliwości, które w oczywisty sposób mogą się pojawić po zestawieniu wyżej wymienionych faktów.

Protest złożyłem 12 października 2011 roku. Postanowienie, w którym rozpatrywał jego zasadność Sąd Najwyższy, ma datę 27 października. Doręczono mi je dopiero pod koniec grudnia 2011 roku. Co działo się w międzyczasie? Nie mam pojęcia. Sama odpowiedź Sądu Najwyższego przeszła moje najśmielsze oczekiwania.


Sąd Najwyższy, po raz kolejny wznosząc się na wyżyny prawniczej argumentacji dla mnie niedostępne, zauważył, że podniesione przeze mnie argumenty nie są poparte przez żadne dowody. A więc protest nie zasługuje na uwzględnienie. Ponadto stwierdził, cytuję: jeżeli został oddany głos na kandydata, który zrezygnował z kandydowania już po wydrukowaniu kart do głosowania, to głos był ważny i przypadał liście. Skąd to wiadomo? Bo tak stanowi prawo! Sfera powinności i faktów zlała się w umysłach sędziów w jedno. Koniec dyskusji.

A co jeżeli, można nieśmiało zapytać, komisje postępowały nie tak, jak zapisano w ustawie? „Nie kradnij” również wydaje się dość jasną dyspozycją, a mimo to czasem ktoś kogoś okradnie. W przypadku wyborów Sąd Najwyższy postanowił jednak zaryzykować. Sędziów nie przekonało, że członkowie komisji zgłaszali się do dziennikarzy z zastrzeżeniami.

Sąd Najwyższy zauważył też przytomnie, że lista otrzymała 586 głosów więcej, niż wszyscy kandydaci, a zatem część oddanych głosów z pewnością została zakwalifikowana poprawnie. Pytanie tylko, czy rzeczywiście przeczy to możliwości, iż 281 głosów jednak poprawnie zakwalifikowane nie było?

Ukoronowaniem postanowienia Sądu Najwyższego jest stwierdzenie, że protokoły komisji oraz oświadczenia mężów zaufania nie wskazywały żadnych nieprawidłowości. Pokazuje to, jakiego rodzaju dowodów wymagał mój protest wyborczy. Gdyby dokumenty stworzone przez komisje obwodowe wskazywały, że ich członkowie nie znają prawa, i je łamali, źle liczyli głosy, doszło do nieprawidłowości, Sąd Najwyższy miałby powód, by interweniować. Gdyby komisja sama raportowała nieprawidłowości we własnym działaniu. A ponieważ do niczego takiego nie doszło…

Niedawno wszyscy śmialiśmy się z Rosji, gdzie wyborcze wyniki nie sumowały się do 100%, a tamtejsze sądy nie dostrzegały nieprawidłowości – wszak protokoły poszczególnych komisji o nich nie wspominały. W Polsce wyniki sumują się do 100%. Poza tym różnice są niewielkie.

Protest wyborczy miał zabezpieczać przed zafałszowaniem wyników, także na skutek błędów popełnionych przez komisje wyborcze. Miał być narzędziem weryfikacji ich pracy. Ale nie jest. Z polską demokracją mamy więc problem, bo w znacznej mierze to tylko fasada.

A sędziom Sądu Najwyższego gratuluję kolejnego dającego do myślenia rozstrzygnięcia.

7 thoughts on “Protest wyborczy

  1. Z polską demokracją i nie tylko są poważne problemy. Poziom zagmatwania prawa wraz z pozostałościami “układowymi” psują także obraz sądownictwa. Przez nieudolność tego systemu niektóre sprawy nie mogą ruszyć z miejsca. Proste sprawy toczą się latami. Natomiast w przypadku spraw ważnych mamy do czynienia nierzadko z bulwersującymi rozstrzygnięciami. Ale Mateuszu u podstaw tego wszystkiego leży chore prawo. Anachroniczne przepisy dotyczące różnych dziedzin i ich interpretacja są wieeeelkim wyzwaniem dla każdego. Dopiero kiedy prawo będzie klarowne i czytelne mamy szansę na poprawę, wątpliwą bądź co bądź, ale jednak.

  2. @miłośnik magsitratu

    Właśnie w tym rzecz, że prawo nie może być czytelne i klarowne, bo zawód prawnika nie miałby wówczas sensu. Po cóż jurysprudencja jeśli każdy by wszystko rozumiał z ustawy czy kodeksu??:)

  3. A propos prawników. Przypomina mi się sprawa pewnego adwokata, który został ukarany dyscyplinarnie za zbyt niskie wynagrodzenia pobierane od klientów.
    Prezes Naczelnej Rady Adwokackiej dokonał przy dziennikarzach ciekawej interpretacji przepisów.
    Otóż każdy adwokat ma prawo do godziwych zarobków. Ten pan nie zastosował się do tego przepisu, więc trzeba było go ukarać.

  4. @ KAROL

    Może nie wyraziłem się precyzyjnie. Nie chodzi o to, żeby prawnicy nie mieli co robić, tylko o to, żeby prawo było klarowne. Dziś często jest tak, że ciężko stwierdzić nawet prawnikom czy coś jest zgodne z prawem czy też nie, ponieważ jeden przepis przeczy drugiemu. Orzecznictwo też bywa sprzeczne. A prawnik zawsze będzie miał robotę, nie oszukujmy się. Nawet w sytuacji uproszczenia prawa i tak nie wyeliminujemy jego ilości. A i ludzie nie na wszystkim muszą się znać.

  5. @Chłopaki

    Prawo. Brawo. Klawo.

    Nie w tym rzecz.

    Sprawa o której pisze Klinowski nie rozbija się o złe prawo – ono jak najbardziej pozwala, ba, wręcz nakazuje, rozpatrzeć taki protest zgodnie z własną litera i duchem.

    Problem – o ile w ogóle daje się identyfikować, siedzi głębiej – głęboko jak zadra w dupie – a pincetą jest polityka.
    W szczególności nasza wobec niej aktywność.

  6. @Dziadunio

    Tak, tak. Chodzi o brak kompetencji pracowników sądowych zwanych dumnie sędziami. Pytanie skąd ta fuszerka w ich wydaniu. Niezamierzona? – braki w inteligencji lub wiedzy prawniczej.
    Zamierzona? – brak zagłębiania się w konkretne sprawy. Nadmiar spraw przypadających na jednostkę. Mechanizm obronny w postaci odwalania pańszczyzny.
    Jeszcze coś?

  7. @Piotr
    Bo, coś co stoi u samych źródeł, więc coś pewnie o niebo istotniejszego:)

    Po pierwsze – problem systemu kształcenia na uniwersytetach – pisze o tym tutaj Mateusz niejednokrotnie, nie będę więc rozwijał tematu.

    Po drugie – korporacyjność zawodów prawniczych – nigdy nie wiem – śmiać się, czy płakać gdy słyszę koronny argument środowiska o tym, jakoby to ze trzymają łapę na aplikacjach, wynikało z troski o poziom usług prawniczych.
    To jest zwyczajne plucie w twarz ludzkiej inteligencji.

    No i sprawa jakości sędziów – do tego zawodu jest po prostu negatywna selekcja wśród aplikantów.
    Wzięty adwokat czy notariusz, z powiedzmy 10 letnim stażem w zawodzie w dużym mieście, liczy zyski roczne w kwotach sześcio, czasem nawet siedmiocyfrowych(jeżeli jest wspólnikiem kancelarii).
    Podczas gdy sędzia pracuje za państwowy mnożnik przeciętnego wynagrodzenia – i ma minimalne szanse na znaczące podwyżki.

    Jeżeli status społeczny – wciąż jednak bardzo wysoki – nie przemówi do najzdolniejszych żeby związali się z tym zawodem – to co ma przemówić?

    Tyle takich ogólnych uwag – co zaś do rozstrzygnięcia SN w sprawie tego protestu – chłop w siermiędze, żeby stanął przed takim problemem, wziąłby w łapę kwestionowane karty, te nieważne, i popatrzył czy nie ma wśród nich takich, którym dolegało jedynie to ze ktoś postawił krzyżyk na kandydata który się wycofał.
    I sprawę by rozsądził – bo na czym jak na czym ale na krzyżykach każdy chłop się zna:):):)

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *