Reforma szkolnictwa wyższego: więcej pieniędzy, lecz już nie demokracji

Reformę szkolnictwa wyższego i nauki polskiej autorstwa Minister Barbary Kudryckiej przedstawia się jako jedno ze sztandarowych osiągnięć rządu. Reforma ta wpisuje się, nie potrafię jednak ocenić na ile jest to zabieg świadomy, w filozofię wolnorynkowych przemian, która zgodnie z deklaracjami przyświecać miała posunięciom PO. Zgodnie z nią, urynkowienie obszarów życia społecznego prowadzi do zmian na lepsze – większej konkurencyjności, która podniesie skuteczność zarządzania w tych obszarach i przyniesie, z konieczności, jego lepsze efekty. Wypchnie i usunie maruderów, promując najzdolniejszych i najbardziej zaangażowanych. Spróbowano tego w dziedzinie ochrony zdrowia (przekształcanie szpitali w spółki prawa handlowego z możliwością upadłości) oraz nauki właśnie. Wszystko w nadziei, że niewidzialna ręka rynku załatwi bądź problem trwale utrzymującej się nierentowności przy zbyt niskiej podaży (szpitale), bądź anachroniczności, zacofania, zaściankowości (nauka / szkolnictwo).

Było w tym jednak coś więcej, coś, dzięki czemu rząd liczyć mógł na skuteczne przeprowadzenie reform przez parlament przy niewielkim oporze rozmaitych lobbies. Wprowadzenie mechanizmów rynkowych oznaczało bowiem, że „reforma” dokonuje się w cichej zmowie z beneficjentami przekształcanych systemów – środowiskiem lekarskim czy profesorskim, reprezentowanym przez rektorów szkół wyższych. Reformę szkolnictwa wyższego i nauki tak więc pomyślano, że w pierwszej kolejności nie tracą na niej profesorzy, czyli osoby rozdające w nauce polskiej karty. Podobnie, jak na wolnorynkowych przekształceniach w dziedzinie ochrony zdrowia nie stracili lekarze. W obu jednak przypadkach są grupy poszkodowane, które za reformę płacą – nie chodzi już nawet o tak oczywiste typy jak podatnik czy pacjent, ale o tych uczestników systemu nauczania, którzy, podobnie jak pielęgniarki, znajdując się na pierwszej linii działania, nie mają żadnego wpływu na kształt procesów i zadań, które realizują. I podobnie jak pielęgniarki oraz inny personel medyczny stali się zakładnikami wyodrębnionej, elitarnej klasy społecznej.

Pisze tu o sobie i grupie, do której się zaliczam – tzw. młodych pracowników nauki: asystentów i adiunktów niemających jeszcze habilitacji.

Do wczesnych, szumnie zapowiadanych planów reform i zamierzeniach Minister Kudryckiej pisałem kilka lat temu na łamach Gazety Wyborczej . Skupiłem się wówczas na argumentach przeciwników likwidacji habilitacji, którymi, co raczej nie powinno dziwić, były osoby od dawna czerpiące zyski z faktu posiadania tytułu doktora habilitowanego. Terminu „zyski” nie używam przypadkowo, bowiem w mojej ocenie istnienie dodatkowego progu kariery naukowej służy jedynie zabezpieczeniu interesów zarządzającej nauką korporacji. Grupa tzw. samodzielnych pracowników naukowych stoi na czele każdej z państwowych szkół wyższych, przekuwając ten fakt na wymierne finansowe profity. Co więcej, wynikający z istnienia obowiązku habilitacji podział środowiska akademickiego na pełnoprawnych pracowników samodzielnych oraz podporządkowaną im większość pracowników niesamodzielnych, stał się de facto metodą na zwalczanie konkurencji ze strony młodej kadry. A to przekłada się na zwolnienie tempa przemian w polskiej nauce i zaniżenie jej poziomu.

Istnienie habilitacji należałoby postrzegać raczej jako przeszkodę w osiągnięciu odpowiedniej jakości polskiej nauki, nie zaś sprowadzać go do kwestii podziału publicznych środków „przechwytywanych” przez naukowców. Finansowa perspektywa jedynie zaciemnia fakt, że wymóg habilitacji, dokładnie na odwrót niż utrzymują to jego obrońcy, nie podnosi, lecz zaniża poziom uniwersytetów. Łatwo się o tym przekonać porównując zajmowane przez nie miejsca w światowych rankingach, gdzie z kretesem przegrywają z uczelniami, które nie praktykują dodatkowej weryfikacji intelektualnych zdolności swoich pracowników w postaci przewodu habilitacyjnego.

Gremialna obrona habilitacji przez środowisko profesorskie, posuwająca się nawet do imputowania Minister Kudryckiej spisku i zamachu na naukę polską, zakrawała na całkowite nieporozumienie, bowiem na świecie przyjęło się, że umiejętności naukowców weryfikują publikacje w recenzowanych czasopismach o międzynarodowym zasięgu, czy uczestnictwo w ważnych badaniach. Inaczej w Polsce, gdzie powszechnie praktykuje się odwzajemnianie przysług. Dlatego też doktoraty, jak również habilitacje, zwłaszcza w naukach społecznych, reprezentują sobą słaby poziom, a ich znaczenie naukowe jest znikome. Większość z nich nigdy nie powinna stać się podstawą do przyznania tytułu naukowego. Z kolei polscy naukowcy publikują zwykle w czasopismach, gdzie redaktorami i recenzentami są ich koledzy.

Habilitacje mają też ten skutek, że ograniczają szanse młodych polskich naukowców w konkurencji z ich rówieśnikami z zagranicy, którzy nie muszą spełniać podobnych wymogów i po doktoracie na równych prawach uczestniczą w badaniach naukowych, a także konkursach na stanowiska profesorskie. U nas młodzi ludzie, mając na karku habilitację, zamiast budować własne naukowe resume i uczestniczyć w zespołowych badaniach, marnotrawią czas skupiając się na spełnieniu wymogu wydania habilitacyjnego dzieła.

Mając to wszystko na uwadze i pamiętając wcześniejsze zapowiedzi Minister Kudryckiej, w uchwalonych finalnie przez parlament ustawach rzuca się w oczy pozostawienie owego szkodliwego progu w postaci habilitacji. Co jednak ważniejsze, nowe prawo regulujące działalność naukową i pracę uniwersytetów w żaden sposób nie podważa podziału środowiska akademickiego na uprzywilejowaną, mniejszościową kastę oraz niesamodzielnych wyrobników bez praw i bez wpływu na uczelnie.

Jest to dla mnie o tyle niezrozumiałe, że to demokratyzacja uczelni i równość uczestników życia naukowego powinna być celem samym w sobie reformy nauki, podobnie jak reform dowolnego innego obszaru życia społecznego. Nie tylko dlatego, że demokratyzacja środowiska akademickiego w istotny sposób przyczyniłaby się do poprawy wyników naukowych i dydaktycznych uczelni, co rzekomo było zamiarem rządu. Przede wszystkim zniesienie podziałów w środowisku akademickim oznaczałoby faktyczną realizację ideałów wpisanych w konstytucyjny porządek i kończyłoby z dominacją elitarnej, zamkniętej klasy – korporacji profesorów.

Jak już wspomniałem, reforma szkolnictwa wyższego w obecnym kształcie stanowi wyraz filozofii, zgodnie z którą jakość badań i dydaktyki to funkcja wprowadzonych odgórnie modyfikacji w sposobie finansowania uczelni, przy zachowaniu ich uświęconych tradycją struktur. Struktury te, wraz z ich średniowieczną tytulaturą i gronostajowymi futrami Ministerstwo Nauki uważa najwyraźniej za ważne. Choć przekonanie o nieodzowności uniwersyteckiej tradycji wymaga, jak się wydaje, jakiegoś przekonującego uzasadnienia, w wypowiedziach przedstawicieli rządu próżno go szukać. Reforma szkolnictwa wyższego jest więc próbą naprawy uczelni bez reformowania ich struktur i zmian w dystrybucji władzy w ich obrębie, w nadziei, że pieniądze same załatwią sprawę.

Logika tego gestu jest dość czytelna, podobnie jak zamiar Ministerstwa: lepsi naukowcy, (w domyśle – głównie ludzie młodzi), pozyskają więcej środków, a przez to ich badania wysuną się na pierwszy plan, zaś ich wpływ na uczelnie będzie z czasem rósł.

Są to moim zdaniem nadzieje płonne i naiwne. Wzrośnie bowiem jedynie stopień wyzysku ludzi zdolnych przez uniwersytecką władzę. Pierwsze oznaki tego już widać. W następstwie utworzenia nowej instytucji dystrybuującej środki na badania (Narodowe Centrum Nauki) i skierowania ich do młodych naukowców, rektor UJ zdecydował o podniesieniu opodatkowania pozyskiwanych przez młodych pracowników nauki grantów do 30%. Jest to podwyżka pięćdziesięcioprocentowa, a sama wysokość środków oddawanych uczelni przez naukowców więcej ma wspólnego z bandyckim haraczem, niż rzetelną kalkulacją kosztów, jakie rzekomo uniwersytet musi ponieść w związku z obecnością w swych murach aktywnego zawodowo naukowca.

Podobne zabiegi, tj. nieuzasadnione ponoszonymi przez uczelnie kosztami i oferowanymi w zamian za nie świadczeniami obciążenie stosowane jest również w przypadku tzw. grantów europejskich.

Sytuację tę interpretować można jako dowód tezy, że prowadzenie badań jest specjalnym zadaniem uniwersytetów, za które pobierają one specjalne opłaty od tych, którzy faktycznie są prowadzeniem badań zainteresowani. Reszta zatrudnionych na uczelniach badaczy prowadzi zaś po prostu dydaktykę. Jak łatwo się domyślić, jest to dydaktyka na niezwykle niskim poziomie. Przykładowo, Wydział Prawa i Administracji UJ pochwalić może się jednym z najwyższych w UE stosunkiem liczby studentów przypadających na jednego wykładowcę i jednym z najniższych – tu zgaduję – stosunków pozycji bibliotecznych do studentów. Pozwala to błyskawicznie ocenić jakość kształcenia na tym, elitarnym przecież w skali kraju, wydziale.

Zrównanie w prawach, także wyborczych, wszystkich nauczycieli akademickich zatrudnianych przez uniwersytety, stanowiłoby najszybszy i najtańszy sposób optymalizacji wydatków ponoszonych na naukę, czyli osiągnięciu celów stawianych sobie przez rząd i Minister Kudrycką. To młodzi pracownicy angażują się w życie intelektualne, poszukują nowych obszarów badań, przyciągają studentów. To oni również wstydzą się jeszcze za poziom rodzimych uczelni, często mając porównanie z zagranicą, gdzie sami pracują lub się uczą. Są także lepiej wykształceni i przygotowani do współpracy z zagranicznymi partnerami, niż ich starsi koledzy. Mają lepszy ogląd oczekiwań rynku pracy, a także lepszy przegląd słabych punktów procesu dydaktycznego, który w większości sami prowadzą. A ponieważ często nie są jeszcze zepsuci przez układy panujące w środowisku uniwersyteckim, ich tzw. „moralne standardy” są wyższe od średnich.

Wszystko to przemawia za większym udziałem młodych naukowców w dzierżeniu sterów polskiej nauki. Niestety, młodzi pracownicy o niczym na uczelniach nie decydują. Statuty uniwersytetów przesądzają, że młodzi naukowcy nie mają głosu w żadnej z ważnych dla uczelni spraw – czy to dotyczącej personaliów, czy pieniędzy, czy też programów studiów. Znów przywołam znany mi przykład. Na Wydziale Prawa i Administracji UJ, gdzie sam pracuję, zatrudnionych jest 67 tzw. samodzielnych pracowników naukowych (profesorów i doktorów habilitowanych) i aż 109 tzw. niesamodzielnych. Lecz proporcje w Radzie Wydziału wynoszą 67:10. Co zaskakujące, studenci i pracownicy administracji mają w Radzie Wydziału razem aż 27 głosów. Zatem, nawet ich głos okazuje się mieć większe znaczenie, niż pracowników niesamodzielnych.

Pracownicy niesamodzielni nie mają też nic do powiedzenia w przypadku decyzji senatu uczelni, a już zwłaszcza wyborów dziekana czy rektora. Stanowiska te obsadzane są często w wyniku różnych „politycznych targów”. To systemowa polityczna korupcja wpisana w ustawę o szkolnictwie wyższym i broniona w imię autonomii wyższych uczelni. I znów, nie jest przypadkiem, że reforma Kudryckiej tych akurat kwestii nie porusza.

Demokratyzacja uczelni to ostateczność, której ich elity nigdy nie zaakceptują. Dlatego rządowe reformy nie zagrażają istnieniu korporacji profesorów, z którą Minister Kudrycka, oskarżana o lobbowanie na rzecz prywatnego szkolnictwa, wolała zawrzeć pokój. W imię obietnicy większych pieniędzy w nauce poświęcono interesy młodszych pracowników naukowych, czyli grupy w środowisku akademickim najliczniejszej i dla przyszłości nauki najważniejszej, ale która we władzach uczelni nie zasiada. A przez to nie jest w stanie skutecznie walczyć o swoje interesy.

Szanuję starszych kolegów, z których wielu ma znaczące osiągnięcia naukowe. Nie jestem tylko w stanie zrozumieć, dlaczego ich władza na uniwersytetach ma być wyłączna i do tego często sprawowana do spółki ze studenckimi samorządami ponad głowami większości kadry naukowej? Czy naprawdę nikogo już nie bulwersuje, że za publiczne pieniądze utrzymujemy w Polsce skostniały i niewydolny system, gdzie demokracja postrzegana jest jako zagrożenie dla nauki i jej poziomu?

Profesorzy uzasadniają swoją dominację tradycją i dbałością o poziom uniwersyteckiej kadry. Sami jednak posiadają gwarancje niemal dożywotniego zatrudnienia w nauce i odporność na jakiekolwiek próby weryfikacji ich dokonań.

Rząd Donalda Tuska liczy, że nowe mechanizmy rozdzielania pieniędzy wymuszą pośrednio zmiany na lepsze, a do młodych naukowców popłynie więcej środków. Dopóki jednak młodzi naukowcy nie będą uzyskają większego udziału w zarządzaniu nauką i szkołami wyższymi, szkoły te pozostaną tam, gdzie obecnie się znajdują – w czwartej setce światowych rankingów. Okresowe oceny pracy nadal pozostaną fikcją, podobnie jak konkursy, habilitacje i wszystkie inne progi, mające gwarantować wysoką jakość polskiej nauki.

Puentę dla tych uwag stanowi wyłączenie profesorów z obowiązku zatrudnienia w systemie czasowych kontraktów, które miały przecież stanowić istotę zaproponowanych przez rząd zmian. Korporacja profesorów utrzyma w pełni swój monopol.

2 thoughts on “Reforma szkolnictwa wyższego: więcej pieniędzy, lecz już nie demokracji

  1. Az sobie to sprawdziłem – srednia wieku w którym polscy naukowcy uzyskuja stopien doktora habilitowanego to 47 lat. I to, tak po ludzku, uzasadnia dlaczego o pokolenie co najmniej starszy, samodzielny pracownik naukowy zrobi wszystko zeby nie musiał zanadto konkurowac z 30 letnim lub młodszym kolega – gdy ktos przez całe lata(kilkanascie!) płacił frycowe, i wreszcie sie “dochrapał” – z cała pewnoscia nie bedzie zainteresowany koniecznoscia okresowej weryfikacji swojej pozycji, chocby w postaci kontraktów terminowych.

    30% podatek od grantów to nie dosc ze rozbój w biały dzien – to silny demotywator który smiało moze spowodowac ze wielu w ogóle przestanie sie o nie starac:(

    To co piszesz – jesli powiazac z odchodzeniem pracowników naukowych do mniejszych, nastawionych głownie badz wyłącznie na dydaktyke, osrodków – tworzy obraz mocno niepokojacy:/

    Zwłaszcza ze nie widac mozliwosci wybrnięcia z tego zaklętego koła.

    Dla mnie prywatnie znak zebyjeszcze więcej oszczedzac na edukacje dziecka poza granicami kraju:)

  2. Sam mam swoje doświadczenia z uczelniami wyższymi – niedługo czeka mnie obrona mojego doktoratu, tyle że za granicą (wybrałem Skandynawię)… prawdę mówiąc gdybym po magisterce pozostał w Polsce to pewnie nawet nie rozważałbym takiej możliwości – szkoda by mi było zdrowia i nerwów.
    Dość powiedzieć że różnice między systemami są wręcz kolosalne. Np. system grantów: jeśli młody naukowiec otrzyma grant z tzw. ‘Graduate Schol’, to uczelnia ma obowiązek jeszcze do niego dopłacić, a także pokrywa koszty publikacji (opłaty konferencyjne, koszty podróży itd.).
    Co do demokratyzacji uczelni – większość ciał decyzyjnych składa się w różnych proporcjach z profesorów, pracowników naukowych nie będących profesorami (czyli przede wszystkim doktorów i doktorantów) oraz studentów (np. dla rady wydziałowej proporcje to 7:4:4, rada uczelni to 5:5:2); oczywiście każda grupa wybiera swoich reprezentantów. Już kilkukrotnie brałem udział w takich wyborach, głosują prawie wszyscy upoważnieni. Głosowanie trwa przez kilka dni i głos oddaje się w tym samym systemie online w którym są zapisy na kursy, czy rejestracja ocen (wszystko zintegrowane w intranecie).

    Bardzo silną organizacją jest tu tzw Student Union – to właśnie on (a nie uczelnia) wydaje legitymacje studenckie, na podstawie których są np zniżki komunikacyjne, ulgowe obiady czy ubezpieczenie zdrowotne. Student Union ma przedstawicieli w zarządzie domów akademickich, jest współwłaścicielem firmy obsługującej restauracje studenckie, wysyła delegatów do rad wydziałowych itp. Oczywiście skład rady Student Union jest wybierany przez studentów i spośród studentów (rada z kolei mianuje zarząd, który podejmuje bieżące decyzje).

    Szkoda że tę reformą dalej brnie się w Polsce w złym kierunku… tym bardziej że w niedługim czasie polskie uczelnie będą się musiały zmierzyć z niżem demograficznym. Jak na razie nawet najlepsze z nich w porównaniu z standardem na świecie to prowincja i niewykorzystany potencjał

    ps. na mojej ostatniej konferencji naukowej spotkałem 5-ciu Polaków – doktorantów… żaden z nich nie studiuje w Polsce.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *