Waldemar Żurek uznał wyroki neosędziów – w mojej sprawie.
Walkę o praworządność uważam za zakończoną. Minister Sprawiedliwości – Prokurator Generalny przestał kwestionować wyroki wydawane przez osoby, które status sędziego uzyskały z rąk funkcjonariuszy PiS, a których nazywał neo-sędziami i twierdził, że nie dają jakiejkolwiek rękojmi uczciwie działającego sądu. Być może nawet nigdy ich nie kwestionował. Tak niestety wygląda praktyka naprawy wymiaru sprawiedliwości w wydaniu rządzącej koalicji.
Wygrywając w 2023 roku wybory i tworząc wspólny rząd PO, Trzecia Droga i Lewica obiecywały sanację wymiaru sprawiedliwości, przywrócenie rządów prawa, a także dogłębne i skuteczne rozliczenie karierowiczów, którzy od 2015 roku systematycznie go niszczyli i napychali sobie przy tym kieszenie. Dzisiaj trudno zaprzeczyć, że projekt naprawy wymiaru sprawiedliwości skończył się absolutną kompromitacją. Jej twarzą jest Adam Bodnar, a obecnie już Waldemar Żurek.
W tym wpisie przyjrzyjmy się historii instytucjonalnej schizofrenii Ministra – Prokuratora Generalnego, której objawy w pełni wystąpiły w mojej sprawie. Pokazuje ona, na ile poważnie traktować można składane nam – wyborcom, obietnice. Składane również – co ważne – przez obu wymienionych panów. Zacznę oczywiście od streszczenia historii mojego skazania, więc jeżeli już ją znasz, możesz pominąć poniższą sekcję i po prostu przejść od razu do sedna.
Wyrok za odbudowę mostu.
Na początku lutego 2024 roku otrzymałem prawomocny wyrok za rzekomą samowolę budowlaną, czyli odbudowę przeprawy mostowej przez potok Kleczanka we wsi Roków. W ten sposób – niemal w ostatniej chwili – usunięto mnie z wyborów na burmistrza miasta. Wyborów, które co w tej sprawie ważne, jeżeli nie najważniejsze, miałem sporą szansę wygrać. Zawiadamiającym o przestępstwie był ten, który najbardziej na skazaniu mnie skorzystał – Bartosz Kaliński, członek PiS i burmistrz Wadowic. Choć wygrał ze mną poprzednie wybory w 2018 roku, tym razem wszystko wskazywało, że wybory przegra. Proces od początku był farsą. Akt oskarżenia nawet nie sprecyzował, na czym polegało przestępstwo, a przygotowała go żona robiącego karierę dzięki PiS prokuratora okręgowego Rafała Babińskiego z Wadowic. Zarzuty oparto na na fałszywych zeznaniach Bartosza Kalińskiego i Pawła Polaka (urzędnika realizującego inwestycję), który znalazł pracę w urzędzie gminy skąd pochodzi Kaliński. Fałszywość składanych przez nich zeznań potwierdził późniejszy wyrok sądu okręgowego, który uchylił wyrok skazujący lokalnego sądu rejonowego, w którym skazała mnie asesor awansowana w czasie mojego procesu na sędziego z rekomendacji polityków PiS (sic!).
Orzekający z przewagą prawidłowych sędziów sąd okręgowy potwierdził wszystkie moje wątpliwości i nie dopatrzył się znamion przestępstwa. Ten korzystny dla mnie wyrok został jednak w ekspresowym tempie (3 miesiące!) uchylony w Sądzie Najwyższym na wniosek prokurator Babińskiej. Uchylenia dokonano rękami osób, w stosunku do których Sąd Najwyższy kilkakrotnie już stwierdzał imiennie, że nie są one sędziami. W powtórzonym procesie w II instancji prawomocnie skazali mnie z kolei sędziowie funkcyjni, pełniący swoje funkcje z nadania polityków, w tym sędzia delegowany przez Ministra Sprawiedliwości (wówczas Ziobrę). Już wcześniej zamieszani byli oni w przypadki manipulowania treścią orzeczeń, o czym pisały media. Ci zaufani ludzie PiSu w togach weszli do mojej sprawy “bez żadnego trybu”, zastępując wylosowany do jej rozpatrywania skład. Ten numer też ćwiczyli już w innych sprawach. Też o tym pisali dziennikarze ogólnopolskich medió.
W mojej sprawie kluczowe więc były dwie okoliczności: 1) niekorzystne dla mnie wyroki wydawali ludzie robiący w wymiarze sprawiedliwości kariery dzięki PiS, co do których uczciwości można było mieć poważne wątpliwości, 2) w świetle prawa składy sędziowskie z ich udziałem były nieprawidłowe, a wydawane wyroki nie miały żadnej mocy. O ile tę pierwszą okoliczność można jeszcze traktować jako uznaniową, o tyle drugą potwierdzały liczne orzeczenia międzynarodowych trybunałów, ale także orzeczenia polskiego Sądu Najwyższego, które część z osób orzekających w mojej sprawie wymieniały z nazwiska jako niebędące prawidłowo powołanymi sędziami.
Minister apeluje o uchylanie wyroków neo-sędziów.
Z powyżej opisanych powodów jeszcze w lutym 2024 roku zwróciłem się do Ministra Sprawiedliwości z wnioskiem o wniesienie kasacji nadzwyczajnej na moją korzyść w trybie art. 521 kpk. We wniosku o kasację podniosłem również, że w całym postępowaniu pozbawiono mnie prawa do wniesienia środka odwoławczego, gdyż sąd II instancji uzupełniał postępowanie dowodowe i dokonał arbitralnej jego oceny, nad czym nie miałem już żadnej kontroli. Funkcjonował już wtedy rząd Donalda Tuska, a na fotelu Ministra Sprawiedliwości, a jednocześnie Prokuratora Generalnego zasiadł Adam Bodnar. Liczyłem na szybkie i sprawne przeprowadzenie mojej sprawy – stanowiącej przecież oczywistą ilustrację bezprawia, jakiego w wymiarze sprawiedliwości dopuszczała się w poprzednich latach prawica.
Podniesiony przeze mnie argument był bardzo prosty – kasacja jest zasadna, bowiem w mojej sprawie zaistniała bezwzględna przyczyna odwoławcza: niewłaściwa obsada składów orzekających, tj. przez osoby niedające rękojmi niezależności i bezstronności przy orzekaniu. Brak należytej obsady sądu jest uchybieniem formalnym, niezależnym od oceny skutków tego uchybienia, czyli zapadłego wyroku. Wniesienie kasacji przez Ministra Sprawiedliwości – Prokuratora Generalnego i jej uwzględnienie przez SN wydawało się więc oczywistością. Prosta, formalna sprawa.
Tym bardziej, że jednym z pierwszych posunięć nowego Ministra Sprawiedliwości Adama Bodnara było wydanie komunikatu, w którym Minister stwierdził konieczność uchylania wyroków zapadających z udziałem tzw. neosędziów. Takie właśnie wyroki zapadały w mojej sprawie.
W komunikacie Ministra Sprawiedliwości w sprawie standardów w zakresie prawa do rzetelnego procesu z dnia 7 lutego 2024 roku czytamy, że Minister Sprawiedliwości, z uwagi na rosnące koszty odszkodowań zasądzanych przez międzynarodowe trybunały, apeluje do sędziów, aby uwzględniali oni orzecznictwo sądów polskich i trybunałów międzynarodowych dotyczące statusu osób powołanych na stanowiska sędziowskie z udziałem KRS ukształtowanej ustawą z dnia 8 grudnia 2017 r., gdyż bez tego nie sposób zagwarantować stronom prawa do rzetelnego procesu przed niezależnym i bezstronnym sądem, z uwagi na wadliwy status tzw. neosędziów. Streszczając, sędziowie powołani na stanowiska przez upolitycznioną i obsadzoną przez PiS Krajową Radę Sądownictwa nie są prawidłowo działającymi sędziami i nie mogą wydawać prawidłowych wyroków. Wydane przez nich wyroki są uchylane przez międzynarodowe trybunały, co kosztuje słono. Dlatego tak ważne jest, aby już sądy krajowe uchylały te wyroki i to jak najszybciej, żeby nie mnożyć kosztów.
Takie jest oficjalne stanowisko Ministra Sprawiedliwości. Ale czy Minister zamierzał dążyć do uchylania tych wyroków wykorzystując narzędzie, którym dysponował jako Prokurator Generalny – kasację nadzwyczajną? Okazuje się, że Adam Bodnar najwyraźniej takich planów nie miał.
Po wniesieniu przeze mnie pisma nastała bowiem cisza. Nie otrzymałem żadnej odpowiedzi, żadnego potwierdzenia kontaktu, nic. Gdy dziennikarze ogólnopolskich mediów, opisując mój przypadek, zwracali się z pytaniem o stan mojej sprawy do Ministerstwa Sprawiedliwości, otrzymywali odpowiedź, że żaden wniosek z mojej strony nie wpłynął. Po niemal roku od wysłania pisma mój adwokat zwrócił się więc do Ministra Sprawiedliwości – Prokuratora Generalnego z oficjalnym zapytaniem, jakie są dalsze losy sprawy. Istotne jest bowiem to, że czas do wniesienia kasacji jest ograniczony – do roku właśnie. Żadnej odpowiedzi też nie otrzymał. Na wszelki wypadek do pisma dołączyliśmy ponownie wniosek o kasację, gdyby Ministerstwo zaczęło twierdzić, że pismo nigdy nie wpłynęło.
Już samo to pokazuje, w jaki sposób obecna władza traktuje temat praworządności. Na potrzeby medialnych wystąpień i komunikatów Minister Sprawiedliwości praworządność uważa za temat priorytetowy. W rzeczywistości, tam gdzie rozstrzygane są sprawy obywateli, zagadnienie praworządności jest przez Prokuratora Generalnego ignorowane. Problem w tym, że te dwie funkcje pełni jedna i ta sama osoba: Adam Bodnar, a obecnie Waldemar Żurek.
Ale najlepsze miało dopiero nadejść.
Prokurator Generalny nie zgadza się z Ministrem Sprawiedliwości.
O moim wniosku zdołałem już zapomnieć, zajmując się walką o doprowadzenie do rozprawy w mojej sprawie kasacyjnej już trwającej w Sądzie Najwyższym (wniosłem bowiem również kasację osobistą od wyroku). Aż tu nagle – po ponad dwóch latach od wysłania wniosku, otrzymałem stanowisko Prokuratora Generalnego Waldemara Żurka. W jego imieniu sporządziła je Jolanta Rucińska – Prokurator Prokuratury Krajowej, która do Prokuratury Krajowej trafiła za czasów Zbigniewa Ziobry.
Pani prokurator uznała ona, że nie można podważać statusu sędziego jedynie na tej podstawie, że został on wadliwie powołany, czyli całkowicie przeciwnie do insynuacji Ministra Sprawiedliwości sformułowanych w jego komunikacie. Potrzeba jest bowiem wskazania konkretnych, rzutujących na osobę sędziego okoliczności, które podważają założenie o jego bezstronności. Problem w tym, że Prokuratura Krajowa zbadania takich okoliczności się nie podjęła, a nawet pewnie nie zajrzała do akt postępowania czy orzecznictwa. Gdyby bowiem bliżej się mu przyjrzała, mogłaby znaleźć liczne orzeczenia Sądu Najwyższego, w których w sposób wyraźny prawidłowo powołani sędziowie SN stwierdzają istnienie takich okoliczności wobec szeregu orzekających w mojej sprawie sędziów. W szczególności, w mojej sprawie orzekali Marek Siwek i Igor Zgoliński, czyli te same osoby, których status sędziowski i orzeczenia w sprawie prokuratora Barskiego (odwołany przez Bodnara zastępca Ziobry) są kwestionowane obecnie przez prokuraturę! Czyli choć Siwek i Zgoliński nie są przez Prokuraturę Krajową uznawani za prawidłowych sędziów, to jednak Prokuraturze Krajowej w mojej akurat sprawie nie przeszkadza ich za takich uznawać.
Przypuszczam, że jest tak również w sprawach innych obywateli.
Obrazu absurdu dopełnia fakt, że prokurator Rucińska postanowiła w swoim piśmie bronić też statusu Ewy Karp-Siekludzkiej argumentując, że jest to osoba prawidłowo powołana i mogąca zasiadać w skazującym mnie składzie sądu okręgowego. Problem w tym, że Ewa Karp-Siekludzka w skazującym mnie składzie w ogóle nie orzekała. Orzekał inny sędzia o wątpliwym statusie – Sebastian Mazurek. Wygląda więc na to, że po prostu przeklejono mi uzasadnienie z innej sprawy, nie siląc się nawet na bezbłędne podmienienie nazwisk.
Na koniec prokurator Rucińska napisała jeszcze, że czas oczekiwania na decyzję odmowną był długi, ale to dlatego, że spraw jest dużo. Jak możemy się domyśleć, wszystkie załatwiane w ten sam sposób.
Walka o praworządność w wydaniu Koalicji Demokratycznej to fikcja.
Podsumowując, nawet w oczywistej sprawie wykorzystania wymiaru sprawiedliwości do politycznych gier i niszczenia opozycji, Minister Sprawiedliwości – Prokurator Generalny nie jest w stanie zrobić nic. W warstwie medialnej padają szumne komunikaty, ale w praktyce jest wielkie ZERO.
Kasacje wobec wyroków wydawanych przez neosędziów nie są wnoszone i to nawet w przypadku tych neosędziów, których orzeczenia w swoich własnych sprawach prokuratura podważa. Pism od obywateli domagających się sprawiedliwości i realizacji obietnicy przywrócenia praworządności terminowo nikt nie rozpatruje, a jak już rozpatrzy, to zawdzięczający stanowisko poprzedniej ekipie prokurator przeklei ci na szybko uzasadnienie z innej sprawy i to dopiero wtedy, jak upływ czasu uczyni wniosek bezprzedmiotowym.
Na końcu z praworządnością zostajesz sam.
Politycy rządzącej koalicji zawdzięczają swoje obecne mandaty i stanowiska obietnicy, którą masowo poparli obywatele – rozliczenia kleptokratycznych i autorytarnych rządów PiS. Sanacja instytucji wymiaru sprawiedliwości i kontroli była tego elementem. Powodzenie całego tego projektu było konieczne, aby obywatele, którym bliska jest demokracja i polskie państwo, ponownie zechcieli poprzeć ugrupowania przedstawiające się jako obrońcy standardów. To naprawdę proste.
Tymczasem nadal pozostaję jedynym politykiem z Wadowic skazanym prawomocnym wyrokiem i to za rzekomą samowolę budowlaną, która przestępstwem w ogóle nie jest! A to przecież ja od 2010 roku jestem sygnalistą, który nagłaśniał liczne afery lokalnego układu. Żadna z opisywanych przeze mnie osób nie doczekała się nawet postawienia zarzutów. Zarzutów nie mają nawet składający w mojej sprawie fałszywe zeznania świadkowie prokuratury. Wygląda na to, że lokalny układ nadal jest chroniony. Nikt nie zamierza go rozliczać. Żaden prokurator i neosędzia zamieszany w moje skazanie również nie poniósł i pewnie nie poniesie jakiejkolwiek odpowiedzialności. Nikt nie stracił swoich funkcji i wynagrodzenia.
Widząc to, myślę, że w najbliższych wyborach nie będę już głosował. Dołączę do rosnącego grona tych zwolenników praworządności, którzy pozbawieni złudzeń zostaną w domu – w nadziei na zobaczenie Tuska, Bodnara i Żurka na ławie oskarżonych, czyli podzielenia losu takich osób jak ja. Może wtedy zechcą oni traktować swoje obietnice nieco poważniej.

