Smutny koniec narkofobii

Sejm i Senat przyjęły nowelizację ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii, która umożliwia w Polsce stosowanie leków na bazie marihuany. Zdumiewające, ale zmianę przegłosowano niemal jednomyślnie. Jak to w ogóle możliwe? Co się stało, że ci sami politycy, którzy jeszcze niedawno straszyli narkotykami, w tym zabójczą w każdej, najmniejszej nawet dawce, marihuaną, przestali się szerzonymi przez siebie sterotypami przejmować? Gdzie wyparowała narkofobia, której zwalczyć nie potrafili eksperci apelujący o zmianę prawa opartego na błędnych założeniach i fałszywym obrazie rzeczywistości?

Jest to o tyle zastanawiające, że taką jednomyślność, jak w przypadku głosowania za medyczną marihuaną, do tej pory w Sejmie obserwować można było rzadko. Głównie w głosowaniach… zaostrzających prawo narkotykowe. Charakteryzowała ona kolejne epizody nowelizacyjne w wojnie z dopalaczami.

440 posłów i 80 senatorów zdecydowało się zliberalizować (choć właściwszym byłoby słowo:  ucywilizować) ustawę o przeciwdziałaniu narkomanii, zaostrzoną w 1999 roku. Choć przyjęte rozwiązania stanowią zdaniem Koalicji Medycznej Marihuany, która przygotowała pierwotny projekt zmian, dalece ograniczone i praktycznie nieefektywne rozwiązanie problemu dostępności leczenia marihuaną, niewątpliwie mamy do czynienia z mentalnym i politycznym przełomem. Jego zaistnienie domaga się wyjaśnienia. Zastanówmy się, jakie czynniki za nim stały?

Cierpiące dzieci

Obowiązujące w Polsce prawo narkotykowe nie tylko sprzeczne jest z zapisami Konstytucji (nadmiernie ogranicza prawa obywatelskie, w tym prawo do leczenia), ale narusza też przepisy Unijne (marihuana jest produktem leczniczym na terenie UE). Przede wszystkim jednak opiera się na założeniach, które rozmijają się z wiedzą naukową i badaniami (karanie konsumentów nie jest drogą do przeciwdziałania narkomanii w wymiarze społecznym i jednostkowym). Przez niemal dekadę politycy mieli to jednak głęboko gdzieś i prawdopodobnie nadal mają. Zatem wolta naszej klasy politycznej nie nastąpiła z powodu przejrzenia na oczy i uznania autorytetu nauki.

Czy powodem zmiany było zaangażowanie się w zmianę polityki narkotykowej rodziców cierpiących na lekooporne schorzenia dzieci, których twarzą została Dorota Gudaniec? Do tej pory adwokatami rozumu w podejściu do narkotyków byli rodzice osób ściganych za używanie nielegalnych substancji. Teraz jednak posłowie i opinia publiczna dosłownie zbombardowani zostali historiami cierpienia, często najmłodszych, którym konwencjonalne leczenie nie ma nic do zaoferowania. Parlamentarni rzecznicy narkofobii ścierać musieli się nie z “ekspertami”, których głos zawsze mogli zdyskredytować pytaniem “której mafii Pan służy?” – by zacytować słynną wypowiedź Beaty Kempy (na marginesie, konsekwentnie obok Zbigniewa Ziobro jedyna przeciwniczka medycznej marihuany w dzisiejszym Sejmie), ale z rodzicami najmłodszych i grozą ich sytuacji. Dorota Guganiec i reprezentowany przez nią ruch z pewnością był ważnym czynnikiem, ale czy najważniejszym?

Zmiana polityki w USA

Raczej niewielki wpływ na świadomość posłów miały zmiany prawa narkotykowego w USA, skąd importowaliśmy przestarzałe i nieskuteczne rozwiązania w 1999 roku, na fali pobudzonej wtedy przez posłów AWS antynarkotykowej paniki. Przypomnę, że twarzą wprowadzonych wtedy i obowiązujących do dzisiaj rozwiązań prawnych (ściganie konsumentów narkotyków) był Lech Kaczyński, ówczesny Minister Sprawiedliwości, oraz Zbigniew Ziobro, jego młody zastępca. Rozwiązania te miały być trampoliną wyborczą dla polityków prawicy i to znakomicie się im udało.

Obecnie marihuana stosowana dla celów medycznych jest legalna w 18 stanach USA, a dodatkowo jej rekreacyjne użycie legalne  jest w 8 kolejnych. W pozostałych często obowiązują liberalne przepisy dotyczące ścigania i karania użytkowników narkotyków.

Za wcześnie jednak by mówić, że fala legalizacji pokonała już Atlantyk. Pamiętajmy, że fala represji przybyła do nas z prawie 30-letnim opóźnieniem, co nieźle obrazuje anachroniczność naszej rodzimej polityki.

Grupizm klasy politycznej

Tomasz Kalita z uwagi na chorobę nowotworową stał się w ostatnich miesiącach swojego życia adwokatem marihuany. Jako rzecznik SLD na temat marihuany głosu raczej nie zabierał, zwłaszcza, że ta lewicowa kiedyś partia polityczna w znacznej mierze odpowiada za wprowadzenie chorego prawodawstwa antynarkotykowego. Przypomnę wstydliwy fakt, ale forsowane w 1999 roku przez prawicę na czele z Kaczyńskim i Ziobro zmiany podpisał ówczesny Prezydent RP Kwaśniewski, wspierany przez Ryszarda Kalisza, obecnie występującego regularnie na różnych prolegalizacyjcnych wiecach. W czasie swojej choroby Kalita nagłośnił problem braku dostępności do marihuany, zdołał też z tym przekazem dojść do wielu wpływowych w swoich partiach osób.

Solidarność grupowa klasy polityków jest silnie rozwinięta. Widok cierpiącego kolegi mógł uruchomić mechanizmy interesu i solidarności grupowej, które pozwoliły przełamać mentalne ograniczenia odpowiadające za narkofobię. Ale czy to wystarczyło?

Uchodźcy & terroryści

Wszystkie wymienione powyżej czynniki mogły odegrać mniejszą lub większą rolę, ale w mojej ocenie nie wystarczą do wytłumaczenia tego, co zaszło. Zmierzch narkofobii wydaje się bowiem w znacznej mierze być następstwem tego, że PiS znalazł nowy grunt dla rozpalania paniki moralnej. Miejsce narkotyków zajęli uchodźcy i islamiści – zagrożenie o wiele bardziej uchwytne i stale obecne w mediach.

W repertuarze politycznych narzędzi mobilizacji poparcia elektoratu pojawiła się konkurencja dla doskonale przez dziesiątki lat sprawdzających się narkotyków. Stali się nią uchodźcy, po których PiS sięga z wyrachowaniem i lubością. Swojski,  polski narkoman, a nawet czający się za szkołą diler z małą ilością narkotyków przestali straszyć. Zarazę w postaci pasożytów i pierwotniaków oraz terrorystów przyniosą kobiety i dzieci przeprawiające się wpław przez Morze Śródziemne.

W telewizjach nie oglądamy zabójczych dealerów marihuany, grożących światu, albo chociaż naszej kulturze. Oglądamy za to portrety terrorystów, gotowych na wszystko w imię religijnej wojny. A skoro to najlepiej się teraz sprzedaje wśród wyborców, kwestie do niedawna najważniejsze, jak bezpardonowa “wojna z narkotykami”, przestały mieć znaczenie. Zwłaszcza, że była to wojna przegrana i absurdalna, o czym wielu z politycznych decydentów doskonale wiedziało.

Nienawiść i strach przed uchodźcami pozwoliły więc i nadal będą pozwalać cywilizować używanie narkotyków, tworząc furtkę do racjonalnego podejścia do problemu. Polityczna nieracjonalność znalazła bowiem swój nowy motyw przewodni.

Podsumowanie

Wnioski płynące z tego tekstu nie są optymistyczne. Okazuje się, że politycy przez niemal dekadę gremialnie wciskali nam wygodny dla siebie, a szkodliwy dla społeczeństwa kit na temat narkotyków, w szczególności zabójczej marihuany. Gdy sami zaczęli mieć interes, by korzystać z wyklętego lekarstwa, a do tego znaleźli wygodniejszy straszak w postaci uchodźców, natychmiast gremialnie porzucili swoje uprzednie, zdecydowanie komunikowane i kategoryczne poglądy na temat narkotyków. To pokazuje, jak niskiej jakości i jak bardzo populistyczna jest uprawiana w naszym kraju polityka.

Medyczną marihuanę w równej mierze zawdzięczamy więc politycznie rozniecanemu strachowi i nienawiści do uchodźców, co wysiłkom Koalicji Medycznej Marihuany. A chciałoby się, aby za uchwalanym prawem stały zdrowy rozsądek i wiedza naukowa.

Polityczne motywacje stojące za wojną z narkotykami opisywałem w 2011 roku tutaj: Prohibicyjny konsensus.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *