Okrągły stół o dopalaczach w Warszawie

PSPN roundtableKilkunastu ekspertów różnych dziedzin nauki, specjaliści terapii uzależnień oraz przedstawiciele Krajowego Biura Przeciwdziałania Narkomanii, Ministerstwa Sprawiedliwości, Sejmowej Komisji Zdrowia. Okrągły stół na temat dopalaczy miał stać się pierwszą od wybuchu medialnej histerii okazją do rzetelnego, pozbawionego niepotrzebnych emocji przedyskutowania „problemu dopalaczy”.

Temat spotkania: Dlaczego to Polska stała się ofiarą dopalaczy?

Ponieważ przypadła mi w udziale rola wygłoszenia krótkiego wykładu wprowadzającego w zagadnienie, jako odpowiedź na to pytanie zaproponowałem trzy powiązane ze sobą tezy:

(1) SUROWE PRAWO. W Polsce obowiązują bardzo surowe przepisy antynarkotykowe, z osławionym art. 62 na czele, który za posiadanie dowolnego narkotyku w dowolnie małej ilości przewiduje jedynie karę pozbawienia wolności. Praktyka stosowania tego przepisu oznacza, że w Polsce karana jest konsumpcja narkotyków, co niespotykane jest w żadnym innym państwie UE.

Konsumenci narkotyków mają więc dobry powód, aby sięgać po ich legalne odpowiedniki – dopalacze właśnie. Mimo, że te, jak się okazuje, są środkami niejednokrotnie bardziej szkodliwymi niż nielegalne substancje. W krajach, gdzie stosunek do marihuany jest o wiele bardziej liberalny, problem dopalaczy jest marginalny. Po co ktoś miałby truć się drogim i nieprzebadanym syntetykiem, skoro może sobie wyhodować własną roślinę?

(2) NARKOFOBIA. Karanie konsumpcji narkotyków zbieżne jest z rozpowszechnionym w świadomości społecznej i stanowiącym stały element poglądów klasy politycznej przekonaniem, że sięganie po nielegalne substancje psychoaktywne jest moralnie dyskwalifikujące, a osoby konsumujące narkotyki nie tylko stanowią niebezpieczeństwo dla funkcjonowania społeczeństwa, ale również wyznawanych przezeń wartości. „Narkomanii”, a tym określeniem nazywa się po prostu konsumentów narkotyków, niezależnie od tego, czy są osobami uzależnionymi, czy nie,  stanowią element moralnie podejrzany.

O konsumentach alkoholu, który jest jedną z najbardziej niebezpiecznych, silnie uzależniających substancji psychoaktywnych, przyczyniającą się w Polsce do kilkudziesięciu tysięcy zgonów rocznie (w tym “zabójstwa drogowe” dokonywane przez pijanych kierowców), nikt nie waży się powiedzieć, że są oni alkoholikami. Palaczy tytoniu nie nazywa się tytonistami, na podobieństwo uzależnionych od heroiny.

Odmienne standardy prawne, ale również etyczne i językowe obowiązują jednak w przypadku używek legalnych oraz nielegalnych. To świadczy o, ale również utrwala narkofobię. Z kolei ona jest jedną z przyczyn wystąpienia problemu dopalaczy.

(3) PANIKA MEDIALNA. Narkofobia szybko przybrała kształt medialnej paniki wokół dopalaczy. Szkodliwość tych środków wyolbrzymiono, a przypadki zatruć, najczęściej będące wynikiem przedawkowania, przedstawiono jako zagrożenie dla rzesz młodzieży. W międzyczasie media rozbudziły zainteresowanie dopalaczami, zapewniły ich sprzedawcom darmową reklamę, o której ci mogli tylko pomarzyć.

We wszystkich krajach rządy przeciwdziałają histerii, starają się uświadamiać dziennikarzom, że nadmierne rozdmuchiwanie pojedynczych przypadków zagrożenia życia osób pozostających pod wpływem „legalnych narkotyków”, przyczynia się jedynie do powstania problemu, nie zaś go hamuje. W Polsce politycy radośnie i żwawo przystąpili do walki ze “sprzedawcami śmierci”, mimo, że od dopalaczy jeszcze nikt nie umarł.

(4) ZAKAZY. Moim zdaniem najbardziej bezpośrednia przyczyna fali zatruć dopalaczami, jakiej doświadczyliśmy w ostatnim czasie. Histeryczne reakcje rządu oraz posłów przybierały kształt kolejnych zakazów i owocowały wprowadzaniem na listy kolejnych środków występujących w dopalaczach. W efekcie, środki względnie mało szkodliwe, nie wywołujące większych powikłań zdrowotnych (choć jak się okazuje, uzależniające), zostały zastąpione środkami bardziej niebezpiecznymi.  Zatem, wbrew intencjom polityków, to kolejne nowelizacje ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii wywołały problem narastającej liczby hospitalizacji.

Media postawiły polityków pod ścianą, niepotrzebnie rozniecając histerię. Ci zareagowali w jedyny sobie znany sposób – mnożąc zakazy. Więcej miało to wspólnego z politycznym marketingiem niż uważnym namysłem (po opinie ekspertów od problematyki narkomanii nie sięgnięto, zaś opinie prawników rządowych i parlamentarnych kwestionujących legalność zmian po prostu zignorowano). Dziś problem narasta, a jego rozwiązaniem okazało się państwo stanu wyjątkowego. Wprowadzone przez premiera z partii deklarującej przywiązanie do ideałów demokracji, w dodatku palacza marihuany (marihuanistę?).

W czasie dyskusji, która rozpoczęła się po mojej prezentacji padło kilka istotnych wniosków ze strony ekspertów. I dość zaskakujących deklaracji ze strony osób reprezentujących organy państwa.

Zacznę od tych ostatnich. Najbardziej zdumiewa niezmiennie pozytywna ocena polskiej polityki narkotykowej. Niskie standardy leczenia, przerażająco wysokie liczby osób skazywanych na karę pozbawienia wolności (9 tys!), znikoma skuteczność w walce z narkomanią, czy narkotykową przestępczością zorganizowaną nikogo nie ruszają. Przeciwnie – jest dobrze.

Zdaniem posłanki PO Agnieszki Kozłowskiej-Rajewicz to, co robi rząd i posłowie jest wyrazem najskuteczniejszej filozofii reakcji na narkotyki – filozofii restrykcji, zakazów, represji. Taka filozofia przyświeca rzekomo większości krajów w Europie. Ale czy to dowodzi jej skuteczności?

Statystyki pokazują, że 40 lat represyjnej polityki okazało się przeciwskuteczne. A restrykcyjna polityka prawie we wszystkich krajach UE pozostaje jedynie z sferze deklaracji. W Polsce deklaracje te mylone są z praktyką. Podążamy jako kraj drogą obieraną dzisiaj wyłącznie przez dyktatury. I z tego jesteśmy dumni. Tym chwalą się wszyscy bez wyjątku politycy PO – partii liberalnej. W sferze deklaracji.

Gdy posłanka Rajewicz apeluje o rzetelną edukację oraz profilaktykę, i tam poszukuje sposobu uporania się z problemem dopalaczy, mówi rzeczy zgodne z głosami ekspertów zabierających głos w czasie okrągłego stołu. Jak jednak większość polskich polityków pomija jedną ważną kwestię – rzetelna akcja informacyjna młodzież o skutkach konsumpcji narkotyków nie jest możliwa, o ile realizuje się ją w duchu tak wychwalanej przez nią filozofii restrykcji. Ta „filozofia” bowiem zamyka się w stwierdzeniu „wszystkie narkotyki to zło, a marihuana jest równie niebezpieczna, jak heroina”. Stwierdzenie to nie tylko nie ma nic wspólnego z naukowymi faktami, ale nie uwierzy w nie żadne dziecko.

To zatem wyznawana przez naszych polityków „filozofia” jest źródłem problemów. A zresztą, żadna to filozofia – to po prostu narkofobia w czystej postaci.

Co do pozostałych głosów, Krzysztof Przybysz z Laboratorium Kryminalistycznego w Warszawie, w poglądowym wystąpieniu zilustrował absurdalność filozofii restrykcji – lista substancji zakazanych (narkotyków) jest już tak długa, że jej rozszerzanie grozi paraliżem systemu. Już dzisiaj praca analityka zaczyna przypominać koszmar, a posłowie, bez oglądania na ograniczenia stosowanych metod i skutki własnych działań, jako jedyną odpowiedź na dopalacze proponują wpisanie na listę setek nowych substancji. Po co? I kto za to zapłaci?

Doktor Piotr Burda ze szpitala Praskiego w Warszawie krótko podsumował charakter przypadków hospitalizacji w związku z dopalaczami od początku października. 123 przyjęte osoby miały najczęściej poniżej 17 roku życia. Tylko kilka z nich znajdowało się w złym stanie psychicznym, gdzie konieczna była bardziej radykalna terapia. Większość uskarżała się na dolegliwości psycho-somatyczne. Większość tych przypadków była skutkiem przedawkowania – za co odpowiedzialny jest przede wszystkim brak informacji na przyjmowanych produktach kolekcjonerskich.

Zdaniem doktora Burdy kluczowe jest stworzenie krajowego systemu monitorowania nowych substancji oraz oceny przypadków klinicznych. Dziś obu takich systemów brakuje.

Zaproszeni eksperci zgodnie podkreślali przede wszystkim brak jakichkolwiek mechanizmów naukowej oceny dopalaczy. Więcej, brak chęci ze strony polityków, by o zjawisku sięgania po dopalacze i samych tych środkach dowiedzieć się więcej. Podejmowane przez polityków decyzje nie tylko okazują się bezprawne, ale u ich podłoża nie leży naukowa wiedza. Podkreślano również niewłaściwe ujęcie skali zjawiska – zatruć dopalaczami nie jest wiele, a niewątpliwych przypadków śmierci próżno szukać. W tym samym czasie legalnie dostępny alkohol powoduje znacznie większe spustoszenie dla zdrowia publicznego, ale histerii nie ma.

Politycy wolą działania radykalne, nieskuteczne, ale życzliwie odbierane przez zaniepokojoną publikę. Pomaga im w tym fakt, że zamiast dopalaczy mogą spokojnie brać nielegalne narkotyki, albo pić alkohol. Stać ich, poza tym mają immunitet. Hamowanie lęków i działania długofalowe nie leżą w niczyim interesie. Prościej jest mnożyć zakazy. Działać bez sensu, ale działać.

I na koniec – okazało się, że z grona licznych ekspertów tylko jedna osoba próbowała dopalaczy, czyli wiedziała, o czym dokładnie mówi. Zgadnijcie która.

6 thoughts on “Okrągły stół o dopalaczach w Warszawie

  1. Nie sadzilem ze ktos w tym kraju potrafi uzyc mozgu wypowiadajac sie na temat “dopalaczy”. Gratuluje rozsadku i rzeczowego podsumowania tej smiesznej historii.

  2. Panie Mateuszu, trochę mnie dziwi pańska niekonsekwencja. Cały czas nawołuje pan do umiarkowania, do unikania nagonki na tematy które są pożywką dla mediów i polityków, a w konsekwencji szkodzą systemowi prawa (narkotyki, dopalacze, itp. – odwołuje się też do tego, co głosi pan na zajęciach). Strasznie z tym kłóci się użycie zwrotu “zabójstwa drogowe”. Czym jest zabójstwo, wszyscy wiemy. Można się spierać, czy ktoś kto wsiada do samochodu w stanie nietrzeźwości liczy się z tym, że może zabić, albo czy powinien się liczyć. Ale nie o to mi chodzi. Używanie tego typu populistycznych, naładowanych emocjonalnie zwrotów prowadzi do tego, że art. 178a kk staje się kolejnym polem do gromadzenia głosów przez niemyślących polityków. Co skutkuje ciągłymi, nieprzemyślanymi nowelizacjami, które niszczą system prawa karnego (jak chociażby ostatnia nowela w/w artykułu).
    Pamiętam z zajęć sprzed lat kilku, że do prowadzących pod wpływem ma pan stosunek bardzo…wyrazisty. Ale wzywam jeszcze raz, ktoś kto udziela się i wypowiada, powinien bardziej ważyć słowa w tak delikatnych kwestiach.

    1. Masz rację – spowodowanie śmierci przez pijanego kierowcę nie jest “zabójstwem” w sensie ścisłym. Ale też nie to miałem na myśli – kto siada pijany za kółko, naraża życie innych w stopniu, do jakiego “sprzedawcy śmierci” nawet się nie zbliżyli. Użyłem terminu “zabójstwa drogowe”, by zachować pewną symetrię pomiędzy dopalaczo-fobią, a rzeczywistością. I pokazać, że zainteresowanie polityków powinno skierować się raczej ku sprzedawcom alkoholu. Zabrakło cudzysłowu – zaraz to naprawię. Dziękuję za zwrócenie uwagi na ten mankament.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *